Zwykły listopadowy tydzień +10 punktów do motywacji

Biorąc pod uwagę fakt, że listopad jest miesiącem, w którym warto pomyśleć o tym, że rok się kończy i trzeba coś ze sobą zrobić, ten tydzień był trochę inny niż klika poprzednich. A najdziwniejsze jest to, że dużo rozmyślać nie musiałem. Po prostu zacząłem w końcu wychodzić z domu i czerpać z tego przyjemność.

Trudno jest mi powiedzieć skąd to się bierze. Co jest powodem tego, że przez miesiąc nie potrafię kiwnąć palcem, a potem w ciągu kilku dni jestem w stanie się pozbierać i zacząć ruszać cztery litery. Prawda jest taka, że w moim życiu, w sumie nic się nie zmieniło. Obłożenie czasowe level hard jak było tak jest. Doszedłem nawet do wniosku, że kiedy ktoś mnie pyta: Co tam słychać? to z powodzeniem mogę przestać odpowiadać: No sporo się dzieje, zaganiany jestem bo prawda jest taka, że odpowiadam tak od kilku dobrych lat, to się nie zmienia więc stało się zupełnie normalne i typowe. Powinno być: Wszystko w normie i po staremu. Takie czasy.

Mistrzyni Świata

Zaczęło się niewinnie. W zeszłą sobotę napisałem coś na bloga. Znalazłem czas i doszedłem do wniosku, że chyba w końcu mam coś do powiedzenia, więc warto to wykorzystać i przelać na papier. +1 punkt do motywacji. Potem poszedłem przejechać się po pobliskim lasku w towarzystwie dwóch kolegów i Maji Włoszczowskiej. No właśnie. Tak trochę przypadkiem, ale jednak musiałem co nieco pokombinować, żeby logistycznie się to udało. I tak zrobiłem wtopę życia – spóźniłem się na umówione miejsce jakieś 10 minut. Wyobrażacie to sobie?! Aura nie dopisywała w ogóle, ale pewnie nie muszę nikomu tłumaczyć, że w zasadzie w takich okolicznościach zupełnie nie miało to znaczenia. Po powrocie do domu +3 do motywacji.

Pierwsze bieganie

Po weekendowym jeżdżeniu miałem w sobie tyle energii, że w poniedziałek wieczorem musiałem wyjść się przebiec. Nie żebym był jakimś wielkim fanem biegania, ale czasem te kilkadziesiąt minut na dworzu sam ze sobą, bez konieczności taszczenia sprzętu, robi mi bardzo dobrze. Co prawda bieganiem tego nazwać nie mogę, ale ruszyłem się i czułem, że mi się chce to zrobić! +1 punkt do motywacji.

Niewymuszona regeneracja

Pisałem już kiedyś o tym, że niechęć do rege jest pierwszym symptomem tego, że coś się dzieje z moją motywacją. Kiedy nie mam problemu z tym, żeby wskoczyć na rolką na 45 minut to wiem, że wszystko jest w porządku i nie muszę się martwić, że mam zmęczoną głowę. Dlatego we wtorek bez większego problemu wskoczyłem na rolkę i rozkręciłem nogę po bieganiu. +1 punkt do motywacji.

Debiut na siłce

W środę i czwartek nie robiłem nic, co nie znaczy, że leżałem oba dni. Po prostu dałem sobie trochę odpoczynku bo do sezonu jeszcze daleko, a ja nie chcę przecież się spalić biorąc pod uwagę to, że całkiem niedawno było słabo z chęcią do czegokolwiek. Dlatego dopiero w piątek rano ruszyłem się z kumplem na krótkie wprowadzenie do siłowni. +1 punkt do motywacji. To będę chciał przez najbliższe dwa – trzy miesiące kontynuować. Czuję się jak klocek i potrzebuję poruszać resztą ciała, a w szczególności przyda się wzmocnić trochę plecy i krzyż, który od czasu do czasu w sezonie potrafi się odezwać.

20151121-rovverpl-0035678-retina

Kolejny weekend

Dziś (piszę ten wpis w sobotę) zaliczyłem najdłuższy od dwóch miesięcy wypad na rower. Trzy godziny na dworze, z czego dwie i pół efektywnego pedałowania. W końcu pojawiłem się w Mazowieckim Parku Krajobrazowym (MPK), który tak bardzo lubię szczególnie jesienią i zimą. Wybrałem się w towarzystwie dwóch kumpli, z którymi normalnie dużo jeżdżę i w zasadzie zawsze jeździmy podobnym tempem, ale dziś boleśnie się przekonałem jaki niewdzięczny jest ten sport. Kiedy Artur odpalał wrotki robiąc interwał w ramach wprowadzenia do jutrzejszych mistrzostw Mazowsza w CX, ja byłem w stanie zareagować na jakieś 20 sekund. Mimo to +1 do motywacji. Mnie takie rzeczy nakręcają, a nie dołują. No i dodam, że jego nowy rower też +1 do motywacji, bo jak już wykaraskam się z sportowego dołka to zacznę odkładać na takie cudo.

20151121-rovverpl-0035734-retina

Niedziela

Te dzień jeszcze przede mną, ale już nie mogę się doczekać, żeby znowu iść pojeździć. Pomimo dzisiejszego jeżdżenia wieczorem poszedłem się jeszcze przebiec. Nogi mam obolałe po siłce, ale to nic. Znowu czuję dużo radochy z tego co robię: ze zmęczenia, z przyśpieszonego oddechu, z pieczenia nóg, z każdej kropli potu. +1 punkt do motywacji. Ehhh, oby to trwało jak najdłużej.

20151121-rovverpl-0036251-retina

 

  • piotrkol

    Szybkie pytanie: koła planetx – stosunek ceny do jakości, możesz je polecić do szosy?

  • Ja na nich nie jeździłem. Jeździ kolega jak widać na fotkach. Mogę go podpytać, chociaż z tego co się oreientuję to w „wadze piórkowej” nie chodzi więc jeśli założył je do przełaja to muszą być solidne. Pytaniem pozostaje waga. Ale cały rower w ręku miałem i naprawdę jest lekki. Koło 8kg.

  • Artur

    Piotr, to są tylko obręcze Planetx, kupione w miarę okazyjnie jako zastępstwo dwóch obręczy chińskich, które postanowiły wyzionąć ducha jedna po drugiej w przeciągu 2 miesięcy. Główny atut – promocyjna cena, szybka dostawa i teoretycznie duża wytrzymałość (obydwie na 24 szprychy). Koła były zaplecione u najlepszego mechanika rowerowego na Mazowszu, więc przez rok z nimi się nic nie działo (zaplot kół Planetx to podobno nie jest ich najsilniejsza strona ale to opinia tylko zasłyszana). Co do samych obręczy to ani nie są specjalnie lekkie, ani też nie mają zbyt dobrej powierzchni do hamowania (w deszczu momentami w zasadzie nie hamują na canti leverach, ale skoro Van Aert jeździ na canti to chyba ten element nie ma aż tak dużego znaczenia w CX :-). Podsumowując do szosy trudno mi polecić te obręcze – miałbym wątpliwości, czy to dobry wybór szczególnie do jeżdżenia w deszczu i/lub górach. O całych kołach Planetx wolałbym się nie wypowiadać, bo nie mam doświadczeń 🙂

  • piotrkol

    Dzięki piękne za odpowiedź 🙂
    Ciężki orzech do zgryzienia z tymi kołami ale idzie zima więc jest czas na szukanie 🙂