Szybsza jazda to nie koniecznie mocniejsze pedałowanie Trochę o tym co robić, żeby szybciej jeździć na rowerze.

Nie mam (jeszcze) miernika mocy. Nie jestem w stanie kontrolować w sposób dokładny liczby watów, które generuję podczas poszczególnych treningów. Na podstawie pulsu wiem kiedy jadę mocniej a kiedy słabiej, ale to również nie jest wymierny wskaźnik.

Zdarza się, że mam tętno 150 i nogi palą jak na trudnym podjeździe, ale są też jazdy, podczas których mam tętno 160, a noga podaje bez bólu. Zastanawiające? Niekoniecznie.

Zrobiłem podczas ostatnich dni kilka testów:

1. Kadencja. Dla osób, które już trochę mają wspólnego z kolarstwem jest oczywiste. Dla mnie jest już teraz, ale nie zawsze tak było. Wyższa kadencja to mniejsze zmęczenie dla nóg. Wyższe tętno, ale bardziej efektywne wykorzystanie układu sił. Łatwo to zobrazować. Jeśli mamy twardy bieg musimy wkładać więcej siły z „przepychanie” pedałów. W przypadku biegów miękkich, nasze nogi działają trochę bardziej jak koło zamachowe i wkładając mniej siły, ale kręcąc szybciej jesteśmy wstanie przy mniejszym obciążeniu dla nóg uzyskać taką samą moc! Oczywiście jeśli nasze wytrenowanie pozwala na jazdę z wysoką kadencją. Mi zabrało to 1,5 sezonu (zaczynając od zera) zanim w miarę opanowałem tą sztukę. Jeśli chodzi o liczby. Dziś średnie kadencje z treningów 3 i 4 godzinnych wychodzą mi w okolicach 80 – 85 obrotów korbą na minutę (jeśli wyeliminować czasy zatrzymania, toczenie itp. pewnie wyszłoby około 90 obrotów). Jeszcze w marcu tego roku wartość ta wynosiła ok. 70 obrotów

2. Płynne kręcenie korbami. Przeczytałem jakiś czas temu artykuł na bicycle.net, który spowodował, że postanowiłem zwrócić uwagę na to jak pedałuję. Efekt tego jest niewiarygodny. Na treningach, na których zacząłem zwracać na to uwagę, średnie prędkości przy podobnych warunkach atmosferycznych i podobnym tętnie zaczęły rosnąć. Czuję, że jestem w stanie jechać np. 40km/h (podczas bezwietrznej pogody) i utrzymywać tą prędkość bez przekraczania progu tlenowego. Skupiam się natomiast na tym, żeby kręcić równo, stabilnie, bez szarpania, pilnować każdego ruchu korbą.

3.  Wstawanie na krótkich podjazdach. Nie wiem jakie są teorie treningowe na ten temat, ale w moim przypadku wstawanie w trakcie krótkich podjazdów działa bardzo dobrze. Nie koniecznie jest to związane z szybszym pokonywaniem podjazdów. Wstawanie powoduje, że więcej siły wkładanej w naciskanie na pedały pochodzi z masy ciała. Nie muszę redukować biegów. Poza tym wstanie z siodełka, raz na jakiś czas, jest mi po prostu potrzebne: rozprostowuje w ten sposób plecy i nogi, a także daję odpocząć czterem literom.

W powyższych wnioskach jest jednak pewien problem. Wszystkie świetnie sprawdzają się na szosie. Niestety nie potrafię ich prawidłowo zaimplementować podczas maratonów MTB. Kiedytrasa jest trudna, wyboista, interwałową, a do tego dochodzi element rywalizacji – zwracanie uwagi na sposób kręcenia korbą jest w zasadzie niewykonalne. Jadąc po asfalcie dużo łatwiej jest kontrolować technikę i wszystkie tego typu detale. W terenie robi się dużo trudniej. Czy oznacza to zatem, że jest to bez sensu? Moim zdaniem nie. Treningi na szosie, „w spokoju” , z poszanowaniem techniki i takich elementów jak kadencja czy regularność obrotów powoduje, że organizmy przyzwyczaja się do określonych zachowań – wytwarza się nawyk, który po X kilometrach spowoduje, że za którymś razem na zawodach MTB noga pojedzie tak jak powinna.

  • Volin

    Co do jazdy na stojąco na krótkich podjazdach to prawda. Dołącza się do tego jeszcze to, że wtedy bardziej pracują mięśnie ud i dają odpoczynek łydkom, które bardziej pracują w jeździe na siodełku.