Czy warto się ścigać? Co daje udział w zawodach? Czy rywalizacja, ale taka na określonych zasadach, pomaga w rozwoju?

To nie jest mój sezon jeśli chodzi o dni startowe. Czasem jest mi wręcz głupio rozmawiać z ludźmi w trakcie wspólnych treningów o zawodach i startach ponieważ w tym roku mam ich jak kot napłakał. Może w związku z tym nie  powinienem się wypowiadać, ale są takie momenty, w których w mgnieniu oka zauważam co mi dały lata startów w najróżniejszych zawodach rowerowych.


Cel

Jeśli jeszcze nie wiesz to w każdym sporcie, podobnie jak w innych dziedzinach życia takich jak praca czy nauka kluczowy jest cel. Oczywiście może być bardzo różny i wcale nie musi zostać wyrażony w cyfrach. Celem może przecież być odpoczynek od dnia codziennego, zabawa, miło spędzony czas czy zdrowe. Jednak w momencie, w którym zaczyna nam zależeć na osiąganiu coraz lepszych wyników, prędkości, dystansu, czasu czy jakichkolwiek innych parametrów – cel staje się kluczowy.

Dobrze jest znaleźć jakieś wydarzenie, do którego będziemy się przygotowywać. To nie muszą być oczywiście zawody. Ważne jest jednak, żeby określić jakiś punkt w czasie, który będzie stanowił wyzwanie. To przede wszystkim da nam określoną motywację, a po drugie spowoduje w naszej podświadomości włączenie procesu dążenia do celu. A to bardzo silny bodziec. Nie wiem jak podchodzicie do tematu autoperswazji, ale ja jestem wielkim fanem prawa przyciągania i niejednokrotnie udowodniłem sobie, że ono działa. I to jak!

Bardzo fajny przykład takiego celu zaobserwowałem ostatnio na FB. Jest taki profil Haute Route: The Way, na którym Martyna opisuje swoje przeżycia i doświadczenie treningowe związane z przygotowaniami do jednego z najcięższych amatorskich wyzwań szosowych na świecie, czyli etapowego wyścigu Haute Route. I to jest cel. Po pierwsze jest profil na FB – wszyscy wiedzą więc dodatkowa presja nie pozwoli zbyt lekko odpuścić, po drugie samo wyzwanie jest na tyle ciężkie, że świadomość tego co tam się będzie działo i z czym będzie się trzeba zmierzyć powoduje, że robota musi być zrobiona. Ale najważniejsze moim zdaniem i tak będzie to co się stanie potem… Swoją drogą – dzielna dziewczyna. Kto choć raz był na szosowym wyścigu w wysokich europejskich górach ten wie, że to ciężki temat, a kilka dni pod rząd to naprawdę wyzwanie.

Pokonywanie głowy

Skoro już mamy cel to warto parę razy przed jego nadejściem sprawić sobie jakiś test. Najlepiej w podobnych warunkach do wydarzenia docelowego. Dlaczego? Ponieważ żaden samotny trening nigdy nie będzie tak efektywny jak start w zawodach. I nigdy samemu się tyle nie nauczymy i nie dowiemy o własnym organizmie co podczas startu. A organizm musi się do szoku przygotować, oczywiście nie ma sensu symulować takiego celu w 100%, ale już w 20, 40, 60% moim zdaniem tak. Organizm musi się stopniowo przygotowywać, a głowa musi mieć spokój, że pewien poziom wysiłku jest osiągalny z marszu.

Jest bardzo trudno podczas realizowanego w tygodniu treningu zmusić się do dużego wysiłku. Według mnie to o wiele trudniejsze niż robienie tego samego na zawodach. Oczywiście wówczas mamy nad wieloma sprawami dużo mniej kontroli, ale znana jest zasada, że nawet najgorsze zawody są lepsze niż trening. Na pewno na zawodach głowa pracuje inaczej. Jest mniej podatna na ograniczenia i bardziej otwarta na wychodzenie ze strefy komfortu. Łatwiej ją pokonać.

20150621-rovverpl-0018780-retina

Najważniejszy jest fun

W zasadzie do napisania tego wpisu skłoniła mnie rozmowa z Marcinem, którego spotkałem przypadkiem na lunchu w jednej z warszawskich włoski knajpek. Marcina znam z czasów studiów podyplomowych i można powiedzieć, że niejako przeze mnie zaczął jeździć na rowerze. Połknął bakcyla. Dziś jest szczęśliwym posiadaczem szosy (zaczynał na góralu i nadal go ma). Ale w kolarstwie szosowym można powiedzieć, że stawia pierwsze kroki.

Gadaliśmy o treningach, jazdach grupowych, o tym czy warto się ścigać, czy nie, ale przede wszystkim po co się to wszystko robi. Bardzo fajnie jest spojrzeć z perspektywy osoby, która wchodzi w temat. Z naszej dyskusji wynikało na przykład, że szkoły są różne a jest ich tyle ilu blogerów. Dobrze wiedzieć, że aktualnie przynajmniej jest pewna równowaga. W sumie nigdy tak na to nie patrzyłem ale faktycznie ciężko się z tym nie zgodzić. Konkluzja była taka, że tak czy inaczej najważniejszy jest fun. Ma być zabawa i banan na twarzy.

Będąc jednak zwolennikiem podejścia dużo bardziej spokojnego i wyważonego do trenowania i jazdy Marcin, przyznał, że najfajniej jest wtedy kiedy czuje się i wolność i moc. Garmina nie zdejmie bo lubi cyfry, ale woli po prostu pojeździć niż realizować plany treningowe. Co do jednego byliśmy natomiast jednogłośni. Po co pchać się na dwutygodniowy urlop w Alpy, żeby umierać na pierwszym podjeździe. Fajnie będzie jeśli pojedziemy i będziemy w stanie zaliczyć ich kilka w ciągu dnia, kilkanaście w ciągu całego urlopu. Ale żeby mieć z tego radochę to trzeba trochę poćwiczyć.

W tym czasie, zupełnie niespodziewanie dołączył do nas Artur, który jest moim częstym kompanem treningów, zawodów i wyjazdów i zgodnie uradziliśmy, że fun jest tym większy im lepsza noga i umiejętności.

Zdobywanie doświadczenia

Kolarstwo szosowe w szczególności jest sportem, w którym doświadczenie ma niesamowite znaczenie. Ja nadal popełniam szkolne błędy i codziennie się uczę, ale z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że najważniejszym elementem w moim kolarskim rozwoju były starty w zawodach.

Wiele razy jestem na treningach w dużych kilkunasto bądź kilkudziesięcioosobowych grupach i gołym okiem widać zawsze kto ma doświadczenie startowe, a kto nie. Różnica jest kolosalna. W technice, umiejętności ustawiania się w grupie, zachowaniu, ilości generowanej pracy vs. efektów, naprawdę cała masa detali.

Zawody to najlepsze i najbardziej efektywne doświadczenie treningowe jakie można sobie zafundować. Dlatego dziś mając za sobą w tym sezonie zaledwie kilka startów wiem, że te kilkadziesiąt z poprzednich sezonów dają mi bagaż wiedzy, którego nie zamieniłbym na nic innego. Wspaniałe chwile, klatki z życia, w które często trudno jest uwierzyć, a przywrócenie każdej z nich powoduje lekki uśmiech i nutkę dumy, że jednak robiłem coś, na co nie każdy by się porwał.


Ten rok mimo wszystko też musi mieć swoją wisienkę na torcie. Czekam na nią od kilku miesięcy i już wkrótce stanę ze swoim celem twarzą w twarz. Pokonam najwięcej przewyższeń w swoim życiu w ciągu jednego dnia na trasie jednego z najtrudniejszych tegorocznych etapów Tour de France. 140km i 4600m przewyższenia to parametry lipcowego L’etap du Tour. Trzymajcie kciuki. Sprinter na wiosnę jedzie bawić się w Górach.

 

 

  • Martyna A. Kłusek

    Takie wisienki na torcie to ja rozumiem 😉 Tylko obfotografować mi to wszystko, bo wątpliwości co do tego,czy przejedziesz nie mam.

  • Fotki będę, ale im bliżej tym więcej wątpliwości 🙂