Kupię sobie karbonowy rower ponieważ tak Czyli o tym co robić a czego nie jeśli chodzi o sprzęt, no i trochę informacji o tym na czym sam jeżdżę.

Dostaję bardzo dużo pytań o sprzęt. Także o ten, którego sam używam. Niniejszym udzielam wszystkich wyjaśnień. Żeby nie było niedomówień i wątpliwości. W gruncie rzeczy sprawa jest prosta jak konstrukcja cepa. Tylko chyba nie każdy chce w to uwierzyć.

Rower górski

Pierwszy rower, od którego zaczęła się moja przygoda z kolarstwem był banalny. Poszedłem do najbliższego, dzielnicowego, znanego mi sklepu rowerowego i kupiłem coś co wydawało mi się relatywnie rozsądnym rozwiązaniem. Giant Boulder na osprzęcie Shimano SIS. Amorek był, ale wybaczycie, że nie pamiętam jaki. Byłem zajarany. To był mój pierwszy kupiony za własne zarobione pieniądze rower. Nie pamiętam dokładnie, ale coś koło 2005 roku. Jeździłem sobie nim po parku, nad Wisłą i po Wale Zawadowskim. Lekko szedł jakieś 18km/h, a ja co 30 minut robiłem sobie przerwę na mentolowego vouge’a. Sidałem zdyszany na trawce i pyk fajeczka, żeby lepiej się oddychało.

S-Works to mój trzeci górski rower
26 cali, aluminiowa rama, podstawowy fox, koła XT kupiłem jakieś 1,5 roku temu, wcześniej jeździłem na crossride’ach.

 

Giant był ze mną tylko rok. Skradziono mi go z bloku na Saskiej Kępie. Wystawiłem go na korytarz z wynajmowanej trzydziestometrowej kawalerki, żeby poodkurzać. Ciekawe jest to, że do dziś nie wiem jak złodzieje otworzyli kraty, które były na korytarzu.

Jak się później okazało to nie było zdarzenie bez sensownych konsekwencji. Ja już mam taką naturę, że koniec czegoś jest dla mnie zawsze początkiem czegoś nowego, a szklanka jest do połowy pełna. Po pół roku postanowiłem, że rzucę palenie. I z tej okazji kupię sobie nowy rower. Najwyższa pora. Tym razem trafiło na czarnego Gary Fisher’a Wahoo. Namówił mnie sprzedawca w Ski Team’ie. Rower kosztował chyba lekko ponad dwa tysiące więc byłem już całkowicie przekonany, że to sprzęt wyczynowy. Na amortyzatorze była naklejka Rock Shox – no to było coś. Mimo, że nie znałem się na sprzęcie, to już wtedy wiedziałem, że Alivio to lepiej niż SIS. Wszyscy wiecie o co chodzi.

Wahoo był rowerem, który lekko jechał ponad 20km/h i to stanowiło dla mnie pewną nowość. Zacząłem grzebać w sieci co i jak. Natknąłem się na jakąś stronę o maratonach MTB. Potem spotkałem kumpla, który mi powiedział, że kiedyś w jednym startował (teraz już nie jeździ – biega i tłucze jakieś niesamowite czasy na maratonach) wytrzymał z czołówką 15 minut i zszedł z trasy bo się porzygał. No to coś dla mnie! Pomyślałem. Przed pierwszym startem postanowiłem zainwestować kilka stówek w zmianę napędu. Korba Deore LX, przerzutki LX i XT. I znowu wrażenia z jazdy inne – wyraźnie szybciej. Niestety wahoo nie przetrwał mojego pierwszego maratonu. Pękła rama w okolicach obejmy sztycy. Nie miałem paragonu więc Ski Team nie uznał gwarancji. Ale na drugi maraton pojechałem już na elegancko zespawanej ramie. Też pękła.

Przejeździłem na nim jeszcze jakiś czas, ale doszedłem do wniosku, że to staje się niebezpieczne i pomimo dobrej aluminiowej sztycy postanowiłem zainwestować w nową dobrą ramę. Zabrało mi to pewnie z kolejne pół roku więc Wahoo w sumie przejeździł dwa sezony. Padło na Specialized S-Works Stumpjumper z 2008 roku. Na tym góralu z różnymi modyfikacjami jeżdżę do dziś. Przez równo rok miał zamontowanego Rock Shox’a Dart 2 i jak widzieli mnie z nim w sklepie to tylko się głupio uśmiechali. Trudno. Nie było mnie wówczas stać na lepszy amorek. Zmieniłem go po kolejnym roku. Dziś to nadal nie jest topowy sprzęt, a przez swój wiek i ilość startów jest dość skatowany. Nadal mam korbę SLX, przerzutkę przód XTR, tył XT. Podstawowego najtańszego czteroletniego FOX’a, koła XT, a jedyna karbonowa część to sztyca, która i tak raz już się popsuła. Droga, stosunkowo nowa cześć to zeszłoroczne hamulce XTR’a, które są po prostu zabójczo dobre. Tutaj kompromisów nie było.

Szosa

Przygoda z kolarką zaczęła się dużo później. Po prostu jeżdżąc i rozmawiając dowiedziałem się, że fajniej trenuje się na szosie. Jest większa możliwość kontrolowania tego co się robi, poza tym to podobno przyjemne i miłe uczucie. Jakoś to kupiłem. Opierałem się chyba rok, ale w końcu doszedłem do wniosku, że to jednak może być fajne. Za 2000zł nabyłem od kumpla używanego Alan’a.

Klasyczna szosa z klasyczną geometrią. Nie mam niestety żadnego zdjęcia tego roweru w pełnej okazałości...
Klasyczna szosa z klasyczną geometrią. Nie mam niestety żadnego zdjęcia tego roweru w pełnej okazałości…

 

Rocznik jakiś 2000 tak na oko, chociaż nie udało mi się tego do dziś ustalić. Jednak model trafił mi się naprawdę piękny. To była świetna aluminiowa naprawdę sztywna rama. Jak przesiadałem się na nią z S-Works’a to ewidentnie czułem, że jest sztywniejsza. Ciekawe uczucie, chociaż w praktyce nie można tych typów rowerów za bardzo porównywać bo jednak inaczej są skonstruowane. Alan miał jeszcze jedną wielką zaletę. Był świetnie wyposażony. Korba 105, Ultegra (przerzutki i manetki) no i koła na piastach Dura-Ace. Jedyna rzecz, która mnie cały czas denerwowała, do wystające z manetek kable. Jakoś nie mogłem się przyzwyczaić. Przejeździłem na tym rowerze prawie trzy sezony.

Dopiero kiedy postanowiłem zacząć się ścigać na szosie (chociaż kilka startów Alan zaliczył) to zainwestowałem w lepszy sprzęt. Kupiłem najtańszą możliwą wersję Cannondale’a SuperSix. Koszt już zupełnie inny bo ok. 8500zł. I tak naprawdę w tym miejscu zaczęła się trochę większa zabawa. Z upływem czasu doszły koła Corima (również najtańszy możliwy model stożków), ustrzelone na Allegro tylne koło z Powertapem, korba z promocji na chainreactioncycles.com. Hamulce ewoluowały do Dura Ace, ale przerzutka to nadal Ultegra i to 10 rzędowa. Póki co nie zamierzam przesiadać się na 11 ani na elektrykę. W zasadzie nic już w mojej szosówce zmieniać nie muszę.

Przełaj

Rower przełajowy jest stosunkowo najnowszym nabytkiem, chociaż przygoda była również ciekawa. Trafiłem (po raz kolejny) na ofertę na Allegro nie do odrzucenia. Vision Crosstrail na pełnym osprzęcie Sram Rival za 1500zł. Kupiłem, zacząłem jeździć, spodobało mi się.

Vision
Moja pierwsza przełajówka ustrzelona na allegro za 1500zł.

Niestety z czasem okazało się, że rama w rozmiarze 57 jest dla mnie jednak trochę za duża, szczególnie, że w przełaju może / powinna być trochę mniejsza więc zacząłem rozglądać się za samą ramą. No i tak się stało, że trafiła się fajna od Lapierra.

Lapierre
Lapierre to moja druga przełajówka zmieniona główne z powodu tego, że poprzednia była za duża. Na kołach Corima jeździ tylko poza sezonem szosowym.

Graty poskładane z różnych innych starych części (głównie 105 z Cannondale) i tak wszedłem w posiadanie roweru na którym spokojnie można się ścigać. Koła jakie czasem widzicie na zdjęciach są przełożone z szosy. Jedno z nich pochodzi po prostu z kompletu, który kupiłem ale mam drugie – z pomiarem mocy i to z niego korzystam w Cannondale’u. Przód niestety jest już w stanie tak słabym, że nadaje się tylko na przełaj.

Wniosek

W tym roku po raz pierwszy poczułem na własnej skórze, że sprzęt mnie ogranicza. Po pełnych pięcu sezonach ścigania doszedłem do wniosku na tegorocznym Trophy, że rowery na kołach 29 cali, z osprzętem 2×10 i karbonowych ramach są po prostu szybsze i wygodniejsze. Zabrało mi to tyle lat. Doświadczeń, testowania, sprawdzania, błędów, pomyłek, zepsutych części. I tak na prawdę nie zamieniłbym tego na nic innego.

Nie napisałem tej historyjki, że się pochwalić bo tak naprawdę nie ma czym. Mam solidny sprzęt, ale dobrze wiecie, że można popłynąć dużo, dużo bardziej. Jedyna rzecz jaką chcę Wam powiedzieć jest taka, że sprzęt jest ważny. Ale równie ważne jest to, żeby dobrać go odpowiednio do poziomu zaawansowania i zmieniać wraz z własnym rozwojem. Nauczcie się jeździć na zwykłych dętkowych oponach, opanujcie zmienienie dętki w trzy minuty na maratonie. Zobaczcie jak zachowuje się opona dętkowa na szosie, jak w terenie. Sprawdźcie na własnych tyłkach działanie aluminiowych ram i sztyc. Doświadczcie tego wszyscy, bo tyko wówczas wasza wiedza o jeżdżeniu na rowerze ma szanse być pełna. Wskakiwanie z miejsca na rower za grube tysiące pozbawi was tej całej radości z konfigurowania własnego wymarzonego roweru. A może i kilku. Testujcie sprawdzajcie, cieszcie się małymi zmianami. Gwarantuję, że po dwóch trzech latach jazdy na aluminiowych ramach przejście na karbon będzie innym – ciekawym doznaniem, którego ja sam siebie bym nie pozbawił. Cała ta ścieżka doświadczeń jest bardzo potrzebna. Każdy musi przez nią przejść. Wsiadanie na karbonowego ścigacza jak na pierwszy rower jest według mnie bez sensu. Nie docenicie go. Nie ma się z czym śpieszyć. Nigdy nie dałbym sobie zabrać doświadczeń z jeżdżenia na szosowych oponach dętkowych. To trzeba przeżyć. Tylko tak docenicie za parę sezonów karbonowe stożki na szytkach.

Bądźcie cierpliwi. Małe kroki zaprowadzą Was do celu. I cieszcie się z tego co macie teraz.

  • Jan Skrzypek

    Ja uważam że w sprzęt warto inwestować dopiero wtedy, gdy zaczyna się z niego zarabiać, lub na nim ścigać. Ja ścigam się w juniorach młodszych i widzę znaczną różnicę między mną (aluminium), a innymi zawodnikami (karbon). W wyścigu widać to na czym kto jeździ. Może wygrać ktoś słabszy, ale na lepszym sprzęcie. Ale na codzień uważam, że nie warto inwestować w sprzęt. Chcę powiedzieć że jak ktoś kupuje rower za przypuśćmy 25k. i jedzie na RB lub niedzielny wypad ze znajomymi to wyrzuca pieniądze w błoto. Mógł by je zaiwestować w tych którym jest to potrzebne i w tych których będziemy oglądać w przyszłości. Ale pamiętajcie że to jest tylko moja opinia!

  • Janek, zupełnie szczerze Ci powiem, że napisałeś bardzo mądre i celne spostrzeżenie. Ja co do zasady jestem podobnego zdania z jednym małym ale. Nie jestem przekonany, że to właśnie ta osoba, która kupuje ten rower za 25k powinna wydawać kasę na młodszych. To nie do końca jest jej zadanie. Pamiętaj, że od takiej transakcji ta osoba płaci państwu polskiemu 23% podatku VAT, a firma która to sprzedaje płaci 19% podatku dochodowego. Co oznacza, że teoretycznie w cenie tego sprzętu jest ponad wliczone grubo ponad 5k zł, które dostaje nasze państwo. I to tutaj doszukiwałbym się tego kto powinien wspierać młodzież. Ale niestety tego nie robi… Z drugiej strony nie wiem jaki jest udział firm, które te rowery produkują. Bo na nich według mnie też spoczywa jakaś odpowiedzialność w tym zakresie. Podsumowując – my zostawiamy w firmach dużo kasy, która zostaje u nich, ale częściowo jest przekazywana państwu. To z tych dwóch źródeł powinna być kasa na rozwój młodzieży. Przynajmniej ja tak bym to widział.

  • Jan Skrzypek

    W sumie fakt. To raczej firmy prywatne i PAŃSTWO powinny inwestować w drużyny. Dobre spostrzeżenie!

  • Justyna Jusia

    Zgadzam się ze zdaniem, że do danego sprzętu trzeba dorosnąć oraz zebrać odpowiednią wiedzę i doświadczenie. Gdyby ktoś 5 lat temu posadził mnie na rower na którym jeżdżę obecnie, zupełnie bym go nie doceniła i pewnie nawet nie umiałabym go prawidłowo używać bo przecież nie chodzi o to żeby bezmyślnie pedałować, a jest wiele osób, które nawet nie wiedzą na czym jeżdżą. Co więcej kupując rower bez wiedzy którą posiadam obecnie dałabym sobie wcisnąć coś gorszego bo posłuchałabym jakiegoś sprzedawcy, a to przecież poprzedni rower pozwolił mi uświadomić sobie jaki osprzęt chciałabym mieć w obecnym i poczuć znaczną różnicę w jeździe (co jest równoznaczne z dużo większą frajdą i radością).

  • No i właśnie o to chodzi 🙂

  • Dariusz Siekierka

    Napisałem długi wywód, ale go wcieło… 🙂 Wiec krócej…fajny artykuł. Wnioskuje po nim że do kolekcji przybędzie nowy rower, karbonowy 29 HT na Trophy 🙂 Za mną też chodzi 29…choć zapierałem się że do tej rzeki nie wejdę, a jednak po krótkim teście zaraziłem się, ponadto na maratonach…choć sam jeżdżę na karbonowym 26 FS, na zjazdach chłopaki mi odjeżdżały na sztywniakach 29 jak w bajce…więc, posiedziałem, wybrałem model, uparłem się na karbon, ale z czasem stwierdziłem ze nie warto…dopłata spora…różnica w wadze 200 g…więc obecnie będzie to alu. Jeszcze tylko szosy będzie brakowało…. 🙂

  • Maciej Cholewa

    Bardzo fajne spostrzeżenie, aczkolwiek muszę dodać swe marne 2 grosze 🙂 Jeśli ktoś kupuje rower za 25k, to prawdopodobnie ma powód aby go kupić. Taki rower owszem przeznaczony jest do ścigania. Czy ów delikwent ścigać się będzie? Jego sprawa. Czy będzie się cieszyć, że ma fajny rower? Jest na to spora szansa. Czy będzie się cieszyć jeżdżąc nim? Prawdopodobnie tak. Nie wszyscy postrzegają kolarstwo jako sport nastawiony jeno na wyścigi. Wiele osób lubi jeździć spokojnie, bez spiny, garmina, medali, dyplomów, komów, kudosów etc. Jeśli ktoś taki odczuwa szczęście to powinniśmy się cieszyć, a nie smucić że nie dofinansowuje młodych zawodników. Nie umniejszam oczywiście roli ludzi którzy trenują, ścigają się amatorsko czy też profesjonalnie. Sam ścigam się czasami, aczkolwiek moim największym sukcesem było przyjechanie na pięćdziesiątym miejscu w lokalnym wyścigu o złote kalesony. Czy czuję się z tego powodu niedowartościowany? Nie, gdzieżbym śmiał. Na zawodach poznaję wielu ludzi lepszych od siebie, dzięki czemu mogę posłuchać co mają do powiedzenia, jak ciężko trenują całymi dniami i nocami. Też trenuję. Na długie treningi nie mam czasu. 3-4 godziny pomiędzy poniedziałkiem a piątkiem i raz na jakiś czas weekendowy wypad w góry. Czy sądzę że inwestowanie w lepszy rower nie ma sensu? Dlaczego miałbym tak twierdzić. Przecież lepszy rower to lepsze wrażenia z jazdy. Ładnie wygląda w garażu. Mam satysfakcję z tego, że kupiłem go za ciężko odłożony hajs. Że dotrwałem, nie kupiłem badziewia. Że jak zaniosę rower do serwisu to chłopaki wytrzeszczą oczy i pocieknie im ślinka. Że jestem sobą. Kimś kto lubi rowery. Lubi wydawać hajs. Połechtać własne ego. I nie tylko. Cieszyć się. Wypić kawę na szczycie jakiejś niewielkiej góry i poczuć się lepiej niż jak co dzień. Potem zjechać. Przy okazji przeżyć. A hajs dla juniorów? Nigdy go nie było miejmy nadzieję, że będzie. Ale. Ale. Zawsze jest jakieś ale. Polska piłka kopana ma spory budżet. Czy mamy w niej jakikolwiek sukces? Nie. Od początku. I niech nikt mi tu nie wmawia że zwycięstwo nad zachodnim sąsiadem to sukces. Trafiło się ślepej kurze ziarno. Z drugiej jednak strony finansuje ją państwo (oczywiście jeśli zakładamy że tak abstrakcyjny twór jak państwo może w ogóle istnieć). Może jeśli kolarstwo sponsorowane będzie przez osoby prywatne, to osiągniemy jakiś sukces. Z jakiejś tam innej strony skoro kogoś stać na kupno roweru za 25k od ręki, to może lepiej nakłonić go do wspierania kolarstwa dodatkowo. Niech sobie kupi ten rower. Może. Ale nie wyklucza to możliwości uszczęśliwienia jakichś zawodników. EOT

  • hqvkamil

    Najlepiej wydać grubą kasę za sprzęt z wysokiej półki i jeździć tylko do kościoła. 😀

  • Dariusz Siekierka

    Pod kościołem to ja bym go nie zostawił 😛 😀

  • Słusznie zauważyłeś 🙂 Faktycznie będę się w tym roku przymierzał do 29 HT, a może jakiegoś dobrego full’a… Jeszcze nie zdecydowałem, ale na bank na 29 się przesiadam.

  • No i nic dodać nic ująć. Widać, że masz to dobrze przemyślane i ogarnięte i o to chodzi. Najważniejsze to dobrze się czuć z tym co się ma / co się robi. Bo w sumie po to każdy z nas na tym rowerze jeździ!

  • JL

    Bardzo fajny tekst i mega mądry. Poniekąd trochę to też moja historia i bardzo cieszę się, że ktoś niejako potwierdza, że idę w dobrą stronę.

    Ja prawdziwą przygodę z rowerem zacząłem bardzo późno, w wieku 26 lat, dwa lata temu. Rowerek miałem nówkę z 2009 roku, Unibike Mission, którego kupiłem w zimę gdzieś w 2010 roku, gdy rozwaliłem sobie kolano kopiąc piłkę na hali. Potem były lata tycia i walki z kolanem. Aż w 2013 miarka się przebrała. Wyciągnąłem ten rower i zabrałem go na wycieczkę. Całe 19 kilometrów pod koniec maja przejechane w klapkach :D. Nie palę, ale gdybym palił też pewnie bym wypalił ze 2 fajki w trakcie.

    Przejechałem nim w 2013 roku 4 tysie, zupełnie nie wiedząc czym jeżdżę i czy dobrze. A jeździłem głównie po szosie, bo las jest zupełnie nie dla mnie. Ale pod koniec tego roku zaświtała mi myśl, że kupię coś lepszego i pojadę na wyprawę rowerową. Od 4 stycznia 2014 roku zrzuciłem do sierpnia 40 kilo, jeszcze w listopadzie 2013 kupiłem rower crossowy (choć już wtedy marzyłem o szosie, a Missiona puściłem jakiemuś studentowi za porcję frytek) na osprzęcie Deore XT / Magura MT2, skompletowałem wszystko co było mi potrzebne i w sierpniu pojechałem spod Wielkiej Krokwii na Skwer Kościuszki. Przepiękne 730 km. Ponieważ moja waga zaczęła być powszechnie akceptowalna przez producentów ram szosowych (aktualnie 83kg), kolejny rok z rzędu kupiłem rower, tym razem moją pierwszą szosę. Nówka z 2013, na 105 za 3000 zł. Wszystko w aluminium ale jaka radość! Jaką radochę daje interwał przejechany… nie nie ma sensu pisać, bo zaraz będą komentarze że cienko, albo że ściemniam :).

    Piszę to, bo w pamięć zapadną mi dwie chwile z tych ostatnich dwóch lat – pierwsza to gdy sprzedałem Missiona. Przed sprzedażą ostatni raz wsiadłem na niego sprawdzić czy wszystko z nim OK, czy nie trzeba go wyregulować, a miałem już kilkaset kilometrów natrzaskanych na crossie. Boże ten rower to była jakaś wanna 🙂 wszystko pływało. A przecież przejechałem na nim rok i było wspaniale. Drugi moment to gdy wsiadłem na szosę… mija drugi miesiąc walki z samym sobą by zaufać tym dwóm kółkom. To się zupełnie inaczej prowadzi, zupełnie inaczej jeździ, przyspiesza, hamuje. To jest coś! I choć w trakcie poszukiwań, a te trwały od kwietnia 2014, brałem pod uwagę carbon bo i budżet był o wiele wyższy, to cieszę się, że wybrałem aluminium i ramę producenta który w Polsce jest prawie nieznany. Wiem, że teraz mam kilka lat jazdy i poznawania tego, co chcę na rowerze robić. Za kilka lat, gdy sprzęt zacznie mnie ograniczać, wymienię go na carbon i wtedy docenię niuanse, które będą robić na mnie takie samo wrażenie, jak dzisiaj przesiadka z opon 35 na 23 mm :). Tego wszystkim życzę i jeszcze raz dzięki za ten tekst.

  • Ciekawe podejrzeć od czego zaczynała obecna gwiazda rowerowej blogosfery. 😉

    Jeśli chodzi o docenianie sprzętu, to zdecydowanie coś w tym jest i znam to na własnej skórze. Długo nie miałam styczności z rowerem, aż pewnego dnia bliska mi osoba namówiła mnie na rowerowanie, użyczając mi swojego roweru. Górala wartego kilka tysięcy złotych, nie wiem ile z 4 załóżmy. Jeździło mi się dobrze. Pewnego dnia dostałam możliwość pożyczenia inszego roweru, takiego wartego około 1,5 tysiaca wówczas.Wybrzydzałam niezdrowo, co zostało mi przez tego znajomego wypomniane: wszak on zaczynał na gorszym rowerze i gdyby tak wyglądał jego pierwszy rower, byłby wniebowzięty. A ja marudzę, bo się przywyczaiłam do lepszego standardu. 🙂

    Teraz składając własny rower też mam wymagani nieco podkręcone… 😉 Ale staram się patrzeć trzeźwo. Karbon nie jest mi potrzebny, biorąc pod uwagę, jak jeżdzę, ile jeżdzę, i ile mogę na jeżdżenie poświęcić czasu. Choć. Kto to wie za kilka sezonów… 😉

  • Kiedyś ktoś mądry powiedział, że: „Nie XTRy napędzają rowery”. Oczywiście sprzęt jest ważny ale wtedy i tylko wtedy gdy umiemy skorzystać z jego zalet. A jedną z większych rowerowych satysfakcji jest zostawienie w tyle gościa na super sprzęcie 😉

  • Dzięki za komentarz. No i za te 40kg to naprawdę duży respekt! Ja niby też mam za sobą od „górnego” poziomu jakieś 25kg, ale to zabrało parę lat.

  • Nie no z tą gwiazdą to przesadziłaś! :-p

  • Dobra decyzja. Ja 2 lata temu myślałem nad 29 ale odpuściłem i kupiłem karbonowe 26. To był błąd. W zeszłym roku przesiadłem się na Treka Superfly FS i uważam, że to mój najlepszy rower MTB w życiu. 29, FS – to jest to! Niby sztywniak 26 lżejszy o 3kg, ale takiej rakiety na zjazdach jak na Treku nie ma szans osiągnąć na rowerze 26. 29 daje przewagę – serio!

  • JL

    Było łatwiej niż się spodziewałem. Tracenie wagi wbrew pozorom nie jest trudne, jeśli trzyma się dietę w 100%. Gorzej w utrzymaniu diety, teraz ważę się codziennie i każde 100gram wywołuje panikę w moich oczach :).

  • Jerzy Brakoniecki

    korzystając z kompletnie wolnego dnia na spokojnie jeszcze raz przeczytałem jeden (chyba) z ostatnich tekstów z F –

    Kupię sobie karbonowy rower ponieważ tak (http://www.rovver.pl/index.php/sprzet_kat/kupie-sobie-karbonowy-rower-poniewaz-tak/?utm_content=buffer3b152&utm_medium=social&utm_source=facebook.com&utm_campaign=buffer)
    i
    tak się zastanowiłem trochę nad własną historią kontaktów z rowerem.
    … i muszę przyznać rację, że startując od takich słabszych i stopniowo
    udoskonalanych konstrukcji przy przesiadce na coś lepszego bardziej
    doceniamy to co dostajemy niż ktoś kto dostał to na starcie.

    Nie
    podoba mi się coś takiego, że Ci których stać na sprzęt „z wyższej
    pułki” (za te 25k) wielokrotnie traktują tych na tańszym (1,5-4k) „z
    góry”, bo nas stać a was nie! To dobrze, że na ten sprzęt mają ale niech
    też docenią tych co wykorzystują to co posiadają w dobrym celu,
    rozwijają się, chcą pokazać się z najlepszej strony licząc na to, że 
    ktoś w nich dostrzeże talent i to coś i pomoże realizować marzenia.
    Wielokrotnie sam na drodze z większym podziwem patrzę na ludzi
    zasuwających na hipermarketowym góralu z tą 20 na liczniku niż na tych
    co na swoich wypolerowanych cudach techniki w strojach Pro pełnych
    pogardy i samo zapatrzenia w siebie ciągną 40/h. Choć od czasu gdy 
    jestem w Poznaniu najbardziej wk…ją mnie kierowcy z rowerami na dachu,
    którzy nie potrafią uszanować kogoś jadącego na rowerze i wyprzedzić go
    z właściwą bezpieczną odległością! … nawet jak ma te 30-40 na 
    liczniku, tylko ładują się takiemu na koło tylko po to by to rowerzysta
    im zjechał z drogi. a jeżeli tego nie zrobi to wpychają się na cm.
    zdarzyło mi się już kilkukrotnie, że taki kierowca wyskakiwał zza
    kierownicy z łapami i ryjem po tym jak dostał z buta po lakierze!
    Doceniam to co dały mi te wszystkie rowery, które przewinęły mi się
    przez ręce. Każdy dał z siebie tyle ile mógł i tyle ile ja byłem w 
    stanie z niego wykrzesać. Bo wychodząc z założenia, że sprzęt to 40-45%
    efektu to zawodnik swoją siłą, wyczuciem i intelektem decyduje co jest w
    stanie osiągnąć! Najlepszym przykładem są wyścigi, amatorów, gdzie
    ludzie wielokrotnie startują na tych samych fabrycznych modelach i 
    uzyskują tak różne efekty. Sam wiem po sobie, że na Czerwonym mogłem bez
    problemu jeszcze nie tak dawno śmigać na poziomie 35-40 a obecnie na 
    Tribanie utknąłem na poziomie 30-35. Nie wiem z czego to wynika ale tak mam.

    Sam
    zacząłem dość późno jeździć (chodzić zresztą też!) przez problemy z 
    błędnikiem. Początki to składaki na 12-14 potem długo długo nic by 
    dostać z promocji PM sa. Górala – Grand G300. To była bajka jak dla
    mnie, ale więcej czasu stał u mnie w pokoju niż śmigał, bo mi chyba za 
    bardzo go było szkoda! Potem Siostra mi go podprowadziła twierdząc, że 
    skoro i tak z niego nie korzystam to ona go sobie weźmie. Zacząłem
    pracować w sklepie ale mój dojazd był okropny (objeżdżałem komunikacją 3
    dzielnice i traciłem 45 minut gdy na piechotę miałem góra jakieś 25) i 
    gdy pewnego dnia przedstawiciel KP sa. zaproponował promocję kup 4
    Palety, dostaniesz rower łyknąłem ją! Zacząłem ganiać do i z pracy a 
    nawet w ramach pracy (rozmienić pieniądze itp.) Potem były jeszcze
    jakieś 4-5 jemu podobnych Hipermarketowych modeli które bez żadnych
    modernizacji zajeżdżałem do upadłego lub rozbijałem gdzieś tam! … i w 
    tedy Siostra zwróciła mi dość zajechanego mojego Grant-a i z sentymentu
    postanowiłem go doprowadzić do stanu używalności. Na moje szczęście
    jeden z moich stałych klientów był serwisantem i zaoferował mi że się
    tym zajmie. … a ja dopiero wtedy zacząłem dbać o to na czym jeżdżę!
    Niestety powrót na w pełni amortyzowaną ramę z tych kompletnie sztywnych
    mi nie do końca pasował, Zauważyłem większe zmęczenie i spadek osiągów u
    siebie a i tak odczuwałem nierówności, więc gdy na bilbordzie
    zobaczyłem reklamę jednego z marketów z rowerem za 2 stówy zacząłem się
    zastanawiać. i znowu klient z serwisu mi przyszedł z pomocą. Wytłumaczył
    kilka rzeczy i zaoferował, że jeżeli się na ten rower zdecyduję, to na
    dzień dobry powinienem go oddać do serwisu żeby mi go sprawdził a w 
    krótkim czasie będę musiał coś co niecoś wyłożyć bo te części mi szybko
    się zużyją o ile nie pękną! (w tamtym czasie ważyłem gdzieś tak
    ok.120-140kg) I kupiłem rower za 199,99 i wydałem 30złotych w serwisie
    by po 2 miesiącach wymienić koła i napęd, … i tak się zaczęło tak
    naprawdę moje grzebanie w rowerze – wypracowałem sobie zasadę: rower
    wart 500 w nowych częściach o który dbam i śmigam bez problemu. Zacząłem
    zauważać poprawę swoich osiągów, coraz większą radość z poruszanie się
    rowerem, spadek masy ciała (zszedłem do ok 100) … uczyłem się dbać o 
    rower i wyłapywać te wszystkie detale w czasie jazdy. Potem wyjechałem
    na trochę do Niemiec zabierając ze sobą Czerwonego za 500 (rama ze 
    Świebodzina). Lepsza praca, więcej wolnego i przejechanych km, więcej
    poszanowania dla rowerzysty. i któregoś dnia gdy potrzebowałem materiału
    testowego do nowej napawarki na złomowisku trafiłem na prawie kompletną
    ale powypadkową szosę którą kupiłem bodajże za 20 czy 30 Euro
    (porysowana lekko rama, połamane koła, urwany tylna przerzutka, urwany
    pedał, zdarta owijka) z pomocą kolegi z pracy w tydzień przywróciliśmy
    ją do życia i tak zaczołem na jak się okazało cyklokrosowej szosie
    („Białej”). Niestety co dobre nie dba wiecznie i musiałem wracać do 
    kraju bogatszy o 2gi rower i doświadczenia. Wylądowałem za pracą w 
    Poznaniu i nie mogąc liczyć na tutejszą komunikację śmigam rowerem
    (pracuję dla 3 sieci detalicznych i jednej agencji pracy) i tłukę dość
    sporo kilometrów ale kultura Poznańskich kierowców doprowadza mnie do 
    szewskiej pasji i … połamania widelca w Białej i chwilowego zajechania
    napędu Czerwonego wszedłem w posiadanie 3 roweru – prezentu od załogi
    Decathlonu – Tribana 500 (2014).

  • Pingback: Amatorskie podejście do szytek | rovver()

  • Pingback: Sztyca - kilka słów na temat | rovver()

  • Arkadiusz

    ja po pewnym czasie doszedłem nawet do wniosku, że nie potrzebuje karbonowego bike’a… zamieniłem wtedy frameset z kołami 26″ focusa w karbonie na 29″ force alu… zainwestowałem w lepszego amora i koła i czuję, że mi to wystarcza. Tym bardziej, że skończyłem ze ściganiem i wyjście ‚na rower’ to nie ‚trening’ a dobra zabawa…

    Sam swoją przygodę zaczynałem w lokalnym klubie, z którego dostałem rower, który już miał kilka lat i kilku właścicieli. Początkowo strasznie mi to przeszkadzało, ale z perspektywy kilku lat jestem wdzięczny trenerowi, a równocześnie mam satysfakcje, że wszystko przy rowerze mogę zrobić samemu.

    Co do ludzi ścigających się na maratonach na rowerach z najwyższych półek czułem satysfakcje, gdy startując z ostatniego sektora na rowerze alu, na v’kach, i 2.2kg RTS’ku metę mijałem z ludźmi z 2,3 sektora. Wiem, że większość ludzi traktuje to jako hobby, a ja jako małolat poświęcałem temu cały wolny czas, którego miałem masę. Wtedy czułem do nich niechęć, ale teraz muszę znaleźć czas między szkołą a nauką i innymi obowiązkami na trening, a tym bardziej na wyścig zaczynam im zazdrościć 🙂

  • Pingback: KR 005: Maciej Dowbor – O triathlonie, EPO, rodzinie i… | Polskie Podcasty()

  • Jacek Kapela

    Mam do ciebie pytanie odnośnie przełajówki. Przez ostatnich parę lat ćwiczyłem rózne rowery, głownie szosowe i trekkingowe. Obecnie doszedłem do wniosku że off-road to zdecydowanie nie dla mnie. Kategoria M5, nadwaga, wolniejsza reakcja. Nie kręci mnie to. Mam górala Spec Hardrock 29 ale chyba go sprzedam bo jeżdżę na nim 5 razy w roku. Podobnie z wyścigową szosą która jest dla mnie za sztywna i po 100km kręgosłup mnie boli. Nie ścigam się już w wyścigach. Jeżdżę na ustawki ale na nie w pełni wystarcza mi mój Spec Roubaix który jest dla mnie szosą idealną i wiekszość kilometrów jeżdżę na nim.
    Natomiast przydalby mi się rower o geometrii zbliżonej do szosowej, z szosowymi klamkami, napędem trekkingowym 48x36x26 i kasetą do 36. Do czego? Do spokojnej jazdy po górach kiedy nie ma nogi ani chęci napierania. Wtedy 26×30-36 jest jak znalazł. Do eksplorowania nowych asfaltów do czego dobre byłyby opony np. 700×30 na trochę niższym ciśnieniu. Jako zimówka na szosę koło domu, okazjonalnie do lasu jak piździ tak że się po szosie jechać nie chce.
    Dlatego pomysł padł na przełajówkę. Geo podobna do szosy typu Endurance. Pozycja trochę bardziej wyprostowana niż w szosie do ścigania. Pytanie jaki rozmiar ramy kupić? Roubaix mam 54, szosę do ścigania 56. Mam 175 wzrostu, noga 84 cm. Wielu mówi że przełajówkę kupuje się o numer mniejszą. Z tym że moje zastosowanie nie jest do ścigania. Co o tym sądzisz? Rama oczywiście full carbon. Widziałem fajne ramy pod hamulce zarówno tarczowe jak i mini-v/canti. Chyba jakiś sprawdzony chińczyk. Klamki albo Campa albo Shimano 105. Przerzutka przednia pod potrójną korbę, tylna nie wiem. Chyba jakaś z górskich grup bo szosowa to chyba 36 zębów nie obsłuży. Chyba że SRAM Apex WiFli. Napęd? 9s czy 10s. Pytanie które będą pracować z potrójną korbą. Mam leżącą luzem wolną grupę Campa Veloce. Na zimę/wczesną wiosnę/późną jesień raczej pełne błotniki. Do tego mini-klamki przełajowe hamulcowe. Koła standardowe, niskostożkowe, wieloszprychowe. Tylko kompletnie nie wiem jakie hamulce. Na zimę i do śliskiego chyba byłoby dobrze mieć tarczówki hydrauliczne. A może tarczówki mechaniczne? Mniejsze koszty eksploatacyjne. Tarczówek nigdy nie miałem. Jeżdże głównie do krajów cywilizowanych (Polska, Czechy, Słowacja, Austria) wieć jak coś padnie to zawsze jest jakiś serwis w pobliżu. Canti albo mini-v można samemu bez problemu doprowadzić do ładu. Czy tak samo jest z tarczówkami?

  • Jacek, w sumie zadałeś bardzo trudne pytanie.

    Przełajówka jest na style specyficznym rowerem, że wrzucanie do niej trzech blatów z przodu, kłóci się trochę z ideą przełajów jako takich. Jeździ się na największej i w zasadzie jak trzeba zrzucić na mniejszą to po prostu schodzi się z roweru i podbiega 🙂 Dlatego wielu powie, że trzy blaty to profanacja. To po pierwsze.

    Po drugie zakładając, że bardziej skupiamy się na tym do czego potrzebujesz rower niż jaka powinna być prawdziwa przełajówka nie jestem przekonany, czy taki typowy przełaj jest dla Ciebie optymalnym rozwiązaniem. Większość dużych producentów rowerów zaczęło stosunkowo niedawno robić takie modele na szutr jak np. Secialized Diverge. Może to jest rozwiązanie? Kaseta 32 z korbą 34 to już naprawdę komfortowe przełożenie…

    Jeśli jednak padnie na przełaj to po pierwsze z tego co piszesz zdecydowanie lepszy będzie model 54, jeśli cię stać na karbon to wiadomo, że tak… Hamulce do zastosowań o których piszesz wybrałbym już tarczowe. Są dość niezawodne, a wymiana klocków jest bardzo prosta. Napęd… moim zdaniem 34×32 to naprawdę jest wystarczające na góry. Sam jeżdzę, na 34×28 i daję radę mimo, że jestem ciężki. A marka – co Ci wpadnie pod rękę. Ja osobiście raczej preferuję zwykłe Shimano bez kombinowania. Campa to koszty. Ze sramem mam słabe doświadczenia.

    Pozdrawiam

    Ł.

  • Jacek Kapela

    W kwestii trzech blatów. Wielu twierdzi że nie ma dla nich miejsca w standardowych szosówkach jednak występują. Sram to rozwiązał tak że zrobił przerzutkę WiFli do compacta która obsługuje kasetę do 32 i nawet sam Contador jechał na czymś takim na jednym z etapów któregoś z wielkich tourów. Wiem co to jest Diverge ale sam wiesz że nowy Spec full carbon to spore koszty. Więc skoro eksperymentuję i nie wiem czy eksperyment się uda to chcę spróbować to zrobić stosunkowo niskim kosztem. Stąd pomysł na jakiegoś sprawdzonego, taniego chińczyka typu Dengfu.

    Jeszcze o przełożeniach. Byliśmy parę tygodni temu w Alpach. Czterech gości, wszyscy kategoria M5. Wszyscy w rejonie 175-180 wzrostu. Waga odpowiednio 62, 73, 90 i 100. Pierwszy miał Campę 52-42-30×12-26, drugi i trzeci (ja) Campa 52-39-30×13-29, czwarty 100kg, Sram 50-34×28. Ten najchudszy dokładał nam okrutnie ale po 3 dniach jak tylko było 5% to od razu wrzucał 26 z tyłu. My z kumplem (73 kg) większośc podjazdów jechaliśmy równo ale na 30×29 ledwo wyjechaliśmy Stelvio, Kaunertala i Grossglocknera. Kadencja na poziomie 40. Ten co miał 34×28 dał radę Stelvio ale chciał w połowie zawrócić. W kolejnych dniach już nie był w stanie przepychać a jeszcze urwał mu się hak przerzutki (rower BH, hak nie do dostania w Austrii). Więc niestety 34×32 nie wystarczy a w każdym razie nie dla wszystkich. Parę lat temu jeżdziłem na RB i jakoś dawałem radę ale przybyło mi lat i 10kg i już moc nie ta. Dlatego potrzebuję więcej niż 1:1. Kolega 62kg po tym wyjeździe stwierdził że na kolejny zakłada 30×13-29 a my z kumplem którzy mieliśmy 30×13-29 na kolejny wyjazd w Alpy może ściągniemy specjalne kasety z USA 12-34.

    Shimano ma zawsze tę zaletę że dostaniemy wszystko w niemal każdym porządnym sklepie. Z tym Campa = koszty to z pewnością tak nie jest. Ten gość od 62kg, oszczędny koleś, rotując 3 łańcuchy przejechał na jednym napędzie i jednej kasecie (!!!) 100 tys km. Żadne Shimano tego nie wytrzyma. Koszt łańcucha Veloce bodajże 130 zł, kasety 179 zł.

    Z tym kombinowaniem z grupami ciężka sprawa ale ergonomicznie pasują mi tylko nowe klamki Shimano (od 105 w górę) lub jakiekolwiek Campy. Te stare Shimano z wystającymi drutami są dla mnie nie do przyjęcia. Miałem takie Ultegry i ciągle mnie dłonie bolały nie wspominając o tych drutach które kłuły w oczy. SRAM nigdy nie miałem ale ich system nigdy mnie nie przekonał i jak coś się zepsuje to jest problem coś dostać. Widze na zagranicznych forach że ludzie z tego uciekają , System double tap ma ksywkę double crap. Grupy zwodowe też się mocno ze Sram wycofały. Widziałem na amerykańskich forach że ludzie łączą klamki Campy z napędami Shimano (tzw. Shimergo) ale u nas nie jest to popularne.

    Ja przełajówkę bynajmniej nie chciałem do przełajów tylko na szosę jako alternatywę do szosówki na pewne wyjazdy. A tą profanacją zupełnie sie nie przejmuję. Pamiętam jak przyjeżdzaliśmy na początku na RB na trekkingach z błotnikami i wszyscy się śmiali ale jak potem ciągnęliśmy cały peleton to już było trochę inaczej. Nie mam oporów z jeżdzeniem z dużą podsiodłowką albo w sandałach SPD na szosie więc jak te 3 blaty będą wyglądać na przełajówce nie ma dla mnie znaczenia, byle dobrze działały.

    A masz porównanie tarczówek mechanicznych z hydraulicznymi? Jest duża róznica? Bo te mechaniczne to chyba każda Campa i Shimano obsłużą a hydrauliczne to chyba trzeba już specjalne klamki?

    Pozdrawiam

  • Co do SRAM’a to się zgdazam w 100% ja rozwaliłem klamki od Rivala karbonowe dwa razy (mechanizm) i po prostu się poddałem. Nic złego nie robiłem. W pewnym momencie padał mechanizm, coś tam się łamało i koniec.

    Co do Campy to też się zgadzam. Części drogie, ale mega wytrzymałe. Też mam kumpla z Campą to nie wiem czy od nowości zmieniał kasetę kiedykolwiek. A zakładam, że już z 50k zrobił… To jest imponujące.

    Jeśli chodzi o hamulce to miałem kiedyś w góralu mechaniczne – średnie – szybko zmieniłem. Permanentny problem z tym, że klocki przycierały o tarcze bez hamowania i jakoś nie mogłem tego dobrze ustawić. Poza tym modulacja taka sobie.

    Teraz w nowonabytym Cannondale Badboy mam taką podstawową hydraulikę Magury i jest super. Jak jest taka opcja to idź w hydraulikę zdecydowanie.