Sprawa Strava Kolarski serwis społecznościowy. Jego popularność rośnie z dnia na dzień. Ale są tacy, którzy uważają, że zabija to co piękne w tym sporcie.

Pomarańczowa platforma społeczności kolarskiej – Strava – przez wielu znienawidzona, dla większości niezbędna. Czy stała się już podstawowym i jedynym motywatorem biegania i jeżdżenia na rowerze? Czy gdyby jej nie było to ludzie jeździliby mniej? A może jeździliby lepiej, pełniej, w sposób prawdziwy, ludzki, dla przyjemności? Czy można wgrywać codziennie trening do komputera i nadal twierdzić, że to przyjemność? Co zmieniła we mnie naprawdę, a co zmieniłem w swojej głowie sam?


Strava to amerykański start-up, który do dnia dzisiejszego zebrał ponad 30 milionów dolarów kapitału z różnych podmiotów inwestycyjnych. W inny sposób nie byłby w stanie funkcjonować. Nie zarabia na siebie pomimo ponad 7 milionów zarejestrowanych użytkowników, z czego trzech milionów takich, którzy co tydzień wgrywają swoje treningi. To także firma, która ma za sobą pierwszy pozew sądowy w stylu amerykańskim, po przykrym incydencie, w którym William „Kim” Flint zmarł przy próbie ustanowienia KOM’a (King of The Mountain, czyli tytuł przyznawany osobie, która na danym odcinku posiada najlepszy czas przejazdu, przebiegnięcia itp.) na jednym ze stworzonych segmentów: South Park Drive w Tilden Park, Berkeley, USA. Ale przede wszystkim to aplikacja oparta o www i urządzenia mobilne, która zmieniła kolarstwo.

Strava to także jeden z wielu serwisów internetowych, aplikacji mobilnych, dostępnych dla sportowców amatorów (prosi też mają swoje konta). Mamy przecież Garmin Connect, Endomondo, TreaningPeaks (to już nie tylko dla amatorów), Runkeeper, czy desktopowy Sporttracks. Ale tak się stało, że poza TP tylko Strava zyskała szacunek społeczności kolarskiej. Bardzo ciekawie sama firma została opisana przez CyclingTips. Aplikacja jest rewelacyjnie zaprojektowana jeśli chodzi o interfejs użytkownika, posiada dopracowaną funkcjonalność idealnie pasującą do sportu takiego jak jazda na rowerze, ale przede wszystkim nie jest po prostu dzienniczkiem treningowym tylko sportowym facebookiem. Zbudowała społeczność. Nie jedną. Setki tysięcy społeczności, grup ludzi, którzy przez większość czasu jeździli koło siebie co weekend i nie mieli o tym zielonego pojęcia.

Jeśli coś nie wydarzyło się na strava to się nie wydarzyło. Jest segment, trzeba się zmierzyć z KOM’em. Koniec tygodnia, trzeba sprawdzić Leaderboard lokalnego klubu. Czy napinka, o której czytamy, o której mówimy to rzeczywistość, czy może jednak symbol kogoś kto jest marginalnym zjawiskiem, wyjątkiem potwierdzającym regułę. Jak wiele jest osób takich jak William?

Swoje konto założyłem gdzieś w 2012 roku. Od grudnia 2012 jestem użytkownikiem premium, czyli płacę za dostęp do większej ilości funkcji, ale też z pełną świadomością wspieram tą firmę w dalszym rozwoju. Przez ten czas udało mi się przejechać na rowerze ponad 39.000 kilometrów na 801 jazdach / treningach / zawodach. Zapisuję moją kolarską historię. Nie wiem czy będzie mi do czegoś potrzebna, ale w mojej naturze (z tego co wiem również w naturze wielu innych osób) jest kolekcjonowanie. Oczywiście, że nie pamiętam każdego kilometra, nawet każdego tysiąca, ale współczesny świat pozwala na to, żebym nie musiał gromadzić w głowie rzeczy mniej istotnych. Od tego właśnie mam komputer, telefon, dysk twardy, Strava, Facebook’a, Evernote’a czy także tego bloga. Kiedyś ludzie pisali dzienniki i listy. Teraz notują to co robią w formie elektronicznej. Bo takie mamy czasy.

Przez te kilka lat korzystania ze Strava raz pojechałem z kolegami (w grupie) segment po to, żeby zrobić KOM’a, dla zabawy, żeby sprawdzić. Była noga, była grupa, padło pytanie, czy jedziemy? Pewnie, że jedziemy. KOM’a mam do dziś. Nie przypominam sobie innej sytuacji, w której zrobiłbym to dla samego robienia. 1 na 801 jazd. W sumie mam 16 KOMów. 15 razy wygrałem segment nie wiedząc o tym. Szczerze wierzę, że 99% użytkowników tego portalu ma podobnie.

Korzystam z Garmin’a i Strava nie dlatego, że to łechce moją próżność. Robię to ponieważ kolarstwo jest dla mnie sportem. Może być także środkiem transportu, formą rekreacji, i czymkolwiek innym co można zrobić ze sprzętem poruszanym mocą mięśni na dwóch kółkach. Ale dla mnie to sport – competitive phisical activity. Drugi równie ważny powód to dostęp do społeczności. Nie wiem ile osób poznałem dzięki strava, ale na pewno bardzo dużo. Nawet niedawno spotkaliśmy z kolegą na jednej z przejażdżek nową osobę i po wrzuceniu danych z Garmin’a wszystko stało się jasne. Okazało się, że byliśmy razem na paru grupowych treningach, na których z powodu liczby osób nie dało się poznać / pogadać. Takich sytuacji mógłbym naliczyć pewnie kilkadziesiąt. W Warszawie powstał też prężnie działający klub / grupa – We Ride, która właśnie poprzez Strava umawia się na wspólne jazdy, organizuje wypady, czy planuje trasy.

Doszedłem także do wniosku, że wrzucanie treningów to też pewna forma zbieractwa. Kolekcjonowania. W moim przypadku coś, co stanowi cechę charakterystyczną dla mojej osoby. Nie lubię pozbywać się rzeczy, w szczególności pudełek. Opakowania to mój fetysz. Te małe kartonowe przedmioty są czymś co daje mi jakiś dziwny rodzaj przyjemności. Tak samo jak te wszystkie liczby, zapisane na moim profilu. Po prostu chcę je mieć gdzieś zgromadzone. Kiedyś chwaliłem się nimi na FB. Dziś tego nie robię. Nie czuję takiej potrzeby. Ale pod koniec roku z przyjemnością przechodzę przez cały kalendarz raz jeszcze.

Poza elementami indywidualnymi Strava to także wbrew pozorom narzędzie dla podglądaczy. Ja też nim jestem. Sprawdzam co robią osoby, które jeżdżą na poziomie takim na jakim sam chciałbym jeździć. Porównuję, analizuję. W sumie bawię się, ale też często rozmyślam o tym dosyć poważnie. Na tyle, że potrafię coś skonsultować z trenerem, zmienić w swoim podejściu, czy przy nadarzającej się okazji po prostu zapytać osobę u której coś podejrzałem: dlaczego? po co? Zadaję pytania, słucham, uczę się, wyciągam wnioski, poszerzam wiedzę o tym, czym się pasjonuję. To chyba najlepsze co może nas spotkać, gdy nasze hobby jest tak głębokie i złożone, że możne je eksplorować bez ograniczeń.

Odrzucanie zjawiska jakim jest Strava dla zasady, jest formą konserwatyzmu. Może się wydawać, że uzasadnioną, ale według mnie to tylko kwestia podejścia. Są osoby podatne na nowinki, ale są też tacy, dla których zmiany to konieczność. Czy tego chcemy, czy nie świat pójdzie do przodu, elektronika zdominuje każdą dziedzinę życia, a to czy my do tego czasu zdążymy się zaadoptować do nowych warunków zależy tylko i wyłącznie od nas samych. Adaptacja może być konstruktywna. Nie musi oznaczać napinania na każdej napotkanej hopce tylko dlatego, że jest tam segment. Co więcej nie powinna. Nie o to chodzi. Prawdziwa potęga tego typu rozwiązań, to możliwość poznawania nowych ludzi i nowych miejsc. Możliwość uczenia się, poszerzania swojej wiedzy o pasji. Dlatego już za dwa tygodnie Strava będzie jednym z moich narzędzi odkrywania tras na Teneryfie. Przyszedł czas na mój roadtrip.

Tutaj jest mój profil:

A tutaj możesz przeczytać co nieco o tym jak trenuję, o cyferkach i mniej więcej tej sferze, do której takie oprogramowanie mi się przydaje: Koparka i jeden wat.

Jeśli podobał Ci się ten wpis to koniecznie zapisz się do mojego newslettera (TUTAJ możesz się o nim dowiedzieć więcej):


A to film od Strava: