Przewinąć, zrozumieć, pogodzić się, cieszyć, wrócić, jeździć.

Sierpień nie był i raczej już nie będzie moim ulubionym miesiącem do jazdy na rowerze. Tak się składa, że zawsze wypada coś, co wytrąca mnie z rytmu. Często po prostu mi się już nie chce. Jestem zmęczony. W porozumieniu z trenerem robię krótką przerwę. Nie zsiadam z roweru, ale odpuszczam. Ładuję baterie na jesień.


Tym sposobem mogę solidnie przepracować wrzesień. Przygotować się do tej części kolarskiego roku, w której większość odpuszcza. W moim przypadku to niewykonalne. Uwielbiam polską jesień i nie wyobrażam sobie jej bez roweru. A dokładniej bez przełajówki.

Ten rok jest inny. Jest lepszy niż poprzednie. Czuję się dużo silniejszy, wytrzymalszy i przede wszystkim dużo szybszy. Konkretne treningi siłowe nie tyle utrzymały dyspozycję z tego lata, ale zdecydowanie ją podniosły. Zacząłem osiągać wartości, których wcześniej nigdy nie widziałem. To cieszy i motywuje. Chce się więcej.

Ale czasem trzeba zejść na ziemię. Nie na długo, ale trzeba to zrobić. Przewinąć taśmę i obejrzeć kilka klatek z tego co się już wydarzyło. Wbrew pozorom w wieku 34 lat czułbym się dziwnie żyjąc zupełnie beztrosko. Muszę zatem zmusić otępiałą głowę do wyszukania kilku stron we własnej historii, które zdefiniowały to co robię tu i teraz. Przypomnieć sobie. Zrewidować priorytety.

…warto przewinąć tą taśmę. Przypomnieć sobie co robiłem kiedy roweru nie było…

Kolarstwo jak każda inna pasja potrafi być toksyczne. Otumania głowę i ciało. Powoduje, że kiedy nie myślę o rodzinie czy pracy, myślę o rowerze. Bywa i gorzej. Zdarza się, że o rowerze pomyślę najpierw. Chociaż może nie o nim samym. Bardziej o tym moim trenowaniu. O tym co mam zrobić, czego nie zrobiłem i o tym co powinienem. I właśnie wtedy warto przewinąć tą taśmę. Przypomnieć sobie co robiłem kiedy roweru nie było. Z czego wtedy czerpałem przyjemność? Z kim się spotykałem, co robiłem w wolnym czasie? Te momenty zdefiniowały to co robię teraz. Ukształtowały mnie. Tak naprawdę dzięki nim mogę teraz trenować, czy po prostu jeździć.

Zastanawiałem się nad tym, jak potoczyłoby się moje życie, gdybym tak mocno zaangażował się w swoją pasję właśnie wtedy kiedy poznałem swoją żonę. Czy byłabym nią dziś? Czy byłaby matką mojego dziecka? Czy ja zostałbym ojcem? Czy studiując, zakładając własną firmę i angażując się tak mocno w sport jak to robię dziś osiągnąłbym to samo szczęście i pełnię życia, którą mam i kocham? Czy rower wtedy stałby się tym co kocham, czy tym czego nienawidzę? Na wszystko w życiu jest czas. Do wszystkiego się dojrzewa. Nie ma trybów przyśpieszonych. Jeśli nawet coś uda się zrobić szybciej to zawsze wiąże się to z konsekwencjami. Nie ma próżni. Coś za coś.

Jaki jest sens słodkiego smaku jeśli nie wie się jak smakuje gorzki?

W moim przypadku amatorskie kolarstwo to pewien etap w budowaniu dojrzałości. Przyszło w momencie, w którym konsekwencja, odpowiedzialność, systematyczność stały się dla mnie bardzo ważne. Potrzebowałem tego, żeby uporządkować życie.

Nigdy nie żałuj ale pytania zadawaj. Samemu sobie. Przypominaj sobie po co to robisz. Ale pamiętaj o tym co Ci to dało. Pamiętaj o wyrzeczeniach innych. Pamiętaj o ludziach, z którymi pracujesz, o tych dla których pracujesz. Pamiętaj, że kolarstwo, czy każdy inny sport, któremu poświęcasz swój czas, czas swojej rodziny to odskocznia dzięki, której wszystkie życiowe obowiązki robisz lepiej. Pozwala na złapanie oddechu by jeszcze pełniej i lepiej robić wszystkie te rzeczy, od których potem możesz na rowerze odpoczywać. Jaki jest sens słodkiego smaku jeśli nie wie się jak smakuje gorzki.

Nie byłoby tej prawdziwej radości gdyby nie wszystkie wyrzeczenia dookoła. Dni i godziny za biurkiem wbrew pozorom fundament naszej motywacji do jeżdżenia. Godziny płaczu dziecka, które wystawiają na próbę mnie i moją żonę to momenty, dzięki którym później chce mi się trenować. Właśnie jeszcze bardziej. Mimo, że jestem zmęczony. Wbrew pozorom bez tych wszystkich prozaicznych chwil każdemu z nas byłoby naprawdę bardzo trudno robić to co robimy na szosach, duktach, podjazdach, zjazdach, zawodach i zwykłych przejachach.

Ale przechodząc do sedna: tym prostym sposobem wyjaśniłem Wam (i sobie) dlaczego muszę wyjechać na pięć dni na wyjazd służbowy, nie mogę zabrać ze sobą roweru i wcale mnie to nie martwi. Przewinąć, zrozumieć, pogodzić się, cieszyć, wrócić, jeździć.

 

 

  • Reksio

    Dzięki za to i wiele wstecz. Mam nadzieję, że zaliczymy wspólny przelot i najważniejsze…dotrzymam kroku:)

  • #roweroterapia

    szczesliwie, ja na najblizsza konferencje w W-WIE zabieram ze sobą rower, udało się 🙂
    #pozdRower & #bRower

    Brudne Poludnie 🙂