Im więcej rozmawiam z ludźmi podczas treningów, czy zwykłych przejażdżek, tym bardziej mam wrażenie, że nikt na nic nie ma czasu. Dużo z pośród moich rozmówców żali się, że chciałoby móc jeździć tyle co ja, wyjeżdżać w różne nowe miejsca, nabijać godziny i kręcić kilometry. Cel w większości jest ten sam. Każdy chce jeździć szybciej, dłużej, dalej.
Za mną sześć pełnych sezonów startowo – treningowych. Co roku jest progres liczony cyferkami. Co więcej, okazuje się, że wcale nie zajmuje mi to dużo czasu. A już na pewno nie jest tak, że co roku jeżdżę więcej i przez to jeżdżę szybciej czy lepiej. Cały czas mniej więcej tyle samo.
Uprawialiście kiedyś jakiś inny sport? Ja kilka. Tenis, pływanie, koszykówka, siłownia. Te sporty trenowałem. Pod okiem trenera. Jako małolat albo nastolatek. Poza tym jeździłem na rolkach, deskorolce i BMX’ie. Praktycznie w każdym przypadku wyglądało to podobnie. Na warszawskiej Legii treningi koszykarskie mieliśmy trzy razy w tygodniu po półtorej godziny plus raz w tygodniu mecze. Z pływaniem podobnie – trzy cztery razy tygodniowo. Siłownia w liceum to trening pięć do sześciu razy w tygodniu. Łatwo policzyć. Od dziesięciu do dwunastu godzin tygodniowo. Z dojazdami trochę więcej. Dziś jest tak samo z tym, że większość czasu treningowego jest skumulowane w weekendy.
W praktyce kolarz amator, biegacz amator, kulturysta amator, czy zapaleniec crossfitu poświęca na trenowanie tyle samo. Naprawdę! Średnio półtorej godziny dziennie przez sześć dni w tygodniu. Dziewięć godzin. I to amatorowi w zupełności wystarcza! Wiadomo, że czasem zdarza się więcej. Trzeba dokręcić (szczególnie na wiosnę, przed sezonem) i wychodzi po kilkanaście tygodniowo. Ale jak wszystko policzycie to i tak jest to średnio półtorej godziny dziennie!
Bieganie: dziesięć minut ubieranie się, godzina biegu, dwadzieścia minut po treningu, na rozebranie, odłożenie sprzętu, prysznic, jedzenie. W sumie półtorej godziny. Ale tutaj sam trening policzyłem taki krótszy. Mniej więcej odpowiada on dwóm godzinom bazy na rowerze.
Wyjście na siłownię: dziesięć minut pakowania, dwadzieścia minut dojazdu, dziesięć minut w przebieralni, półtorej godziny treningu (a efektywnie bez gadania to można nawet i z siedemdziesiąt minut), dziesięć minut w przebieralni, dwadzieścia minut dojazdu, dziesięć minut rozpakowywania. Dwie godziny pięćdziesiąt minut!
Wyjście na rower (trening bazowy dwie godziny): dziesięć minut ubieranie się i wyjście na dwór, dwie godziny jazdy, dwadzieścia minut po treningu, na rozebranie, odłożenie sprzętu, prysznic, jedzenie. W sumie dwie i pół godziny. Np. od szóstej do ósmej trzydzieści rano. Albo od osiemnastej do dwudziestej trzydzieści.
Nawet przy bardzo zapracowanym trybie życia, obowiązkowych obowiązkach domowych i innych przeszkadzajkach da się to zrobić bez wielkich strat w życiu zawodowym czy rodzinnym. Mniej telewizora, godzina mniej snu (siedem w zupełności wystarczy) i po sprawie. Trzeba tylko się zorganizować, zaplanować, wdrożyć.
Jest jeden aspekt, który na tym ucierpi. Lojalnie uprzedzam. Efektywność czasowa jest związana z tym, że trenujesz sam. Grupowe jazdy tylko w weekend i to nie zawsze. Dla jednych to nie problem, ale wiem, że są też tacy dla których to bez sensu. Rozumiem. Kwestia priorytetów.