Gassy

Pech chciał, że w wieku 24 lat poznałem moją żonę. Zapewne ten sam pech powodował, że w wieku 24 lat prowadziłem działalność, z której samodzielnie się utrzymywałem. To prawdziwa zemsta losu, że dziesięć lat później mam tą samą żonę, syna i działalność, która stała się kilkuosobową firmą. Pech, że przez to wszystko mam teraz tylko Gassy trzy raz w tygodniu, jedenaście miesięcy w roku.


Podwarszawska miejscowość. Kilka poprzecinanych asfaltowych dróg prowadzących nieopodal Wisły jadąc w kierunku Konstancina. Pewnie większość osób, mieszkających w stolicy i jeżdżących na szosach było tam kilkadziesiąt razy w roku. Ze mną jest podobnie. Są dni kiedy jej nie cierpię. Są takie, w które nie zwracam na nią uwagi. Są też te, w których zauważam jakiś znak drogowy, w tym samym miejscu co zawsze, ale jestem święcie przekonany, że wcale go tam wcześniej nie było. Podświadomie mam nadzieję, że w niezmiennym krajobrazie coś się jednak zmieni. Ale są też takie momenty, w których patrzę na tą samą drogę po raz setny i nadal nie mogę się nadziwić, że dwadzieścia minut rowerem od centrum Warszawy może być tak cicho, spokojnie i ładnie.

Gassy to nie kolarska mekka ani symbol nudnej, weekendowej rundy. To wytłumaczenie i dokumentacja życia wielu z nas. Jest gdzieś pomiędzy miejskim zgiełkiem, z którego się wywodzimy, a obrazkami z dzieciństwa, kiedy wakacje spędzaliśmy za miastem. Gassy to tęsknota, ale też frustracja. Poszukiwanie tego, czego w chwili obecnej nie możemy mieć, w miejscu, w którym wiemy, że nie ma szans na jego odnalezienie.

20141029-LG-2880px-00268

Gassy to też nasza indywidualna umiejętność adaptowania się – wzgardzonego pojęcia sztuki kompromisu. To czasem cel, ale w większości przypadków to metoda. Forma medytacji. Rozmowy z samym sobą. Szczerej, takiej, do której nie jest potrzebny żaden zewnętrzny bodziec. Nie jest potrzebny widok, temperatura, prędkość czy nachylenie. Szczerej do bólu, ponieważ nic nie odwraca naszej uwagi od nas samych. Gassy to moja apteka. Miejsce, które aplikuje mi właśnie taki preparat, którego aktualnie potrzebuje moja głowa. To miernik, tremometr i ciśnieniomierz. Dzięki stałości i porównywalności pomaga mi sterować samopoczuciem, nastawieniem a po części też po prostu życiem. To tam podejmuję kluczowe decyzje. Tam odpowiadam na pytania, na które w domu i w pracy nie jestem w stanie odpowiedzieć.

Każdy kolarz ma swoje Gassy. I każdy wie, że są chwile, w których to właśnie one sprytnie ulepszają nasze życie.

20141029-LG-2880px-00249