szósta trzydzieści

Piąta pięćdziesiąt zrywam się z łóżka. Budzik w telefonie. Zdecydowanie za głośny. Obudzę żonę, a przecież śpi teraz pakietami trzygodzinnymi. Karmienie młodego. Obracam się, ale jej już w łóżku nie ma. No dobra. Przynajmniej nie będzie zła, że to ja ją obudziłem. Zerkam za okno. Niebiesko. To dobrze wróży chociaż wstać mi się nie chce jak diabli. Pospałem może z pięć godzin.

Wstaję. Nie zajmuje mi to więcej niż pięć minut. Łazienka, ubranie, wychodzę na balkon sprawdzić temperaturę. O żesz kurwa. Lato się skończyło. Ewidentnie. Dziesięć stopni maks. I tak teraz będzie do czerwca przyszłego roku. Mam wątpliwości, czy nacieszyłem się już latem. Przyglądam się dokładniej budynkom na horyzoncie. Jest tam coś. Lecę po aparat. Dodatkowa motywacja? Jest szansa, że dziś będzie inaczej. Dla mojej głowy to dobra przynęta. Mimo, że wówczas nie mówię sobie tego wprost, to jednak coś powoduje, że myślę pozytywnie. Mimo tych pieprzonych dziesięciu stopni.

Tak wygląda mgła nad Wisłą w Warszawie

Zakładam ciepły dres i wychodzę z psem. Wyobrażam sobie co będzie jak go zdejmę. Skóra i lajkra. Utwierdzam się w przekonaniu, że na zjeździe z Wilanowskiej będzie mną telepało. Bankowo. Nienawidzę tej chwili. Nierozgrzany, zaspany, rozpędzony do ponad czterdziestu kilometrów na godzinę muszę zjechać w dół ruchliwej ulicy. Jak jest dziesięć stopni to odczuwalna temperatura jest koło zera. O szóstej rano to jest paskudne uczucie. Byle szybciej zjechać. Na dole będzie wolniej i cieplej. Słońce cały czas świeci. Niebo jest czyste. To dobrze rokuje. Wracam do domu. Szybkie ubranie, bidony, garmin, rower, okulary, kask. Dziś wyjątkowo kamizelka, rękawki i długie rękawiczki. Zachowuję pozory.

Szósta trzydzieści siedzę na siodełku. Ponieważ zjazd był zwizualizowany na spacerze z psem – nie jestem zaskoczony. W sumie w ogóle go nie pamiętam. Spałem jeszcze. Budzę się na dobre kiedy wyjeżdżam poza miasto. Mijam n-ty raz ten sam mostek i niespodziewanie z słonecznego chłodnego poranka wjeżdżam w zupełnie inny świat. Kocham to uczucie. Mimo, że to ta sama trasa znów czuję jakbym był tu po raz pierwszy. Poranna mgła stworzyła klimat rodem z filmu. Na twarzy w pięć minut pojawia się wilgoć. Kierownica robi się śliska, rower mokry. Dobrze, że mam na sobie kamizelkę. O zimnie już zapomniałem. To ciekawe, że pomimo tej samej drogi, tych samych zakrętów nadal jest we mnie pewna ekscytacja faktem, że tu jestem, że widzę coś czego nie ogląda każdy. Wystarczy nietypowa aura, żeby zwykła runda stała się niezwykła. Wiem, że nie wszyscy uwierzą. Ale zawsze będę namawiał każdego, żeby wychodził z domu właśnie wtedy, kiedy jest inaczej. Co z tego, że się żar leje z nieba. Co z tego, że nie ma jednej chmurki na niebie. To jest nudne. Ciekawie jest kiedy idzie burza, przechodzi front, spada rzęsisty deszcz, wieje, sypie, leje, pada, mży.

ulica Rosochata we mgle

Jadę tą samą, ale inną drogą. Mijam konie, psy, traktory, drogę na Ostrołękę. Zawsze staram się obserwować wszystko dookoła. Myślę o ludziach, którzy żyją kilkanaście czy kilkadziesiąt kilometrów od Warszawy. Niby blisko, ale jednak jest inaczej. Oglądam banery z ogłoszeniami o sprzedaży ziemi. Za każdym razem gdy je widzę myślę o tym, czy to nie jest właśnie moje działka. Czy tutaj nie powinien stać mój dom? Jak by wyglądał? Czy co zimy musiałbym zasuwać ze szpadlem, żeby odgarnąć śnieg? Mnóstwo myśli na raz. Ale to nie trwa długo. Nie da się tak galopować kiedy wszystko dookoła budzi się do życia tak majestatycznie.

Zupełnie nieplanowanie skręcam w drogę, której nie znam. Jadę po raz pierwszy najpierw asfaltem, potem płytami i trochę po szutrze. Na szykach i karbonowych kołach. Po to są. Nie wieszam ich w domu na ścianie. Dojeżdżam do Wisły. Płynie spokojnie. Przynajmniej tak mi się wydaje. W mieście takiego spokoju nie ma. Takiej ciszy dookoła też nie. Zatrzymuję się, siadam i odpuszczam na chwilę chociaż chciałbym odpuścić na dłużej.

DCIM111GOPRO

DCIM111GOPRO

Jest siódma trzydzieści. Drepczę jeszcze przez chwilę po piasku, kamieniach w szosowych butach. Czuję się trochę jak baletnica w pantofelkach. Wracam na siodełko. Sztur, płyty, asfalt. Jestem na drodze do Góry Kalwarii. Robi się coraz cieplej. Mgła się podnosi. Zaczyna się robić normalnie. Przede mną jeszcze długa droga do domu a ja już wiem, że zajebisty dzień przede mną. Warto podnieść ten łeb z poduszki.

DCIM111GOPRO

DCIM111GOPRO

trening-we-mgle

  • bart

    A gdzie posilek przedtreningowy?:)

  • Odchudzam się 🙂 Wychodzę na czczo. Dziś zjadłem tak po 2h jazdy. A że było spokojnie to dałem radę.

  • Dulu

    Fajne zdjęcia z trasy 😀 Niby zimno chłodno z rana ale takie widoki są dwa razy na dzień, warto chociaż raz się udać 🙂 swoją drogą gdzie byłeś może jakaś strava (albo coś w tym stylu) 😀

  • Na dole pod wpisem jest link do strava.com