Przyszła kryska na matyska Czyli o tym, że nawet ja mogę mieć kryzys.

Ile ma teraz? Sześć miesięcy? To i tak długo wytrzymałeś. Myślałem, że to będzie wcześniej. Nie ma bata. To musiało w końcu Cię dopaść… – w tych słowach trener oznajmił mi, że nadszedł mój czas. Myślę, że w trochę innym znaczeniu niż się spodziewałem.


Myślę, że jestem Wam coś winien. Tyle wysiłku i zaangażowania ile wkładacie w moje ostatnie aktywności wymagają ode mnie pewnych działań. Po pierwsze, powyżej jest player Spotify. Wrzucam do niego jedną piosenkę, której słuchałem pisząc ten tekst. Myślę, że jej charakter, wymowa i brzmienie świetnie oddają emocje, które są teraz we mnie. Załóż słuchawki, wciśnij play (to jest legalne) i przeczytaj ten tekst z tą muzyką w tle. Sprawdźmy czy ten eksperyment się Wam spodoba. Jeśli tak, zagości na dłużej. Daj znać w komentarzu.

Druga rzecz, o której muszę wspomnieć to szczerość. Jestem Wam winien kilka słów prawdy o tym co się aktualnie u mnie dzieje.

Nie jestem Robocop’em. Wbrew temu do czego Was przyzwyczaiłem też mam swoje wzloty i upadki. Wiem, że najfajniej jest motywować i zachęcać do aktywności, pełni szczęścia i życia z twarzą zawsze wystawioną do słońca. Tylko, że czasem tego słońca po prostu nie ma. Albo brakuje czegoś innego. W moim przypadku nie ma snu.

20150201-rovverpl-0016151-retina

Może uznacie, że jestem rozpuszczony. Może dla wielu z Was spanie po 5 – 6 godzin na dobę to rarytas, ale ja swój organizm przyzwyczajałem latami do snu po 8 – 9 godzin na dobę i bardzo ciężko jest mi to teraz zmieniać. Co więcej, świeżo upieczony ojciec z ząbkującym pierworodnym nie będzie spał równe 6 godzin dzień w dzień. No taka nasza rola, każdy to przechodzi i trzeba jakoś sobie z tym poradzić. Sen jest przerywany, nieregularny i ze trzy razy w tygodniu czuję się rano jakbym poprzedniego wieczora walnął pół litra, wypalił paczkę fajek i spędził noc na pętli autobusowej. Jak na studiach. Tylko wtedy trochę inaczej się regenerowałem. Kebab i ajran do południa wystarczał w zupełności.

Kiedyś myślałem, że te zmiany nie nadejdą, że rzucane przez doświadczonych kolegów (dzięki Przemek) hasła Wyśpij się póki możesz! to takie czcze odzywki. Teraz już wiem, że nie do końca.

Wracając do trenowania. Zwykle o tej porze roku mam motywację wywaloną w kosmos, trzymam dietę i latam z basenu na siłownię, żeby potem w domu zrobić jeszcze siłę na trenażerze. W zeszłym roku to był standard. W tym jest inaczej. W tygodniu nie mam siły i ochoty na aktywność fizyczną inną niż droga z kanapy pod prysznic i z łazienki do łóżka. Czasem przejdę jeszcze przez kuchnię. A jak! W zasadzie jedyna aktywność, która daje mi przyjemność i odreagowanie to ta weekendowa. Dlatego jej pilnuję.

Andrzej powiedział mi, że nie ma innej opcji w takiej sytuacji jak odpuścić. Wyluzować, zdjąć sobie z głowy reżimy, nie planować, nie spinać się i dać odpocząć systemowi motywacyjnemu. Taki reset głowy. I powiem Wam, ze kolejny raz w życiu przekonuję się o tym, że jeśli ktoś jest bardzo mocno zaangażowany w jakąkolwiek aktywność, musi mieć pewien punkt obiektywnego odniesienia. W przypadku sportu takiego jak kolarstwo (i myślę, że każdego innego wytrzymałościowego również – to do was triatloniści i biegacze!) trener to ważny element. Nie chodzi już o układanie planów i konkretnych treningów, ale właśnie o świadomą pomoc w sytuacjach kryzysowych, o zdjęcie z głowy bagażu psychologicznych bzdur, którymi sami siebie obciążamy. Muszę iść, muszę zrobić. Możecie krytykować, że to spina, że to za daleko zaszło, że potraficie sami takie rzeczy kontrolować, ale pamiętajcie, że każdy ma inny punkt widzenia i inną osobowość. Jedni nie potrzebują do sensownej samokontroli niczego i nikogo, inni znowu mają permanentną tendencję do samodestrukcji. Zresztą z kimkolwiek z doświadczonych trenerów nie porozmawiacie, przeczytacie wywiad o treningu amatorów (nawet w pismach o kulturystyce) każdy powtórzy jak mantrę, że amatorzy mają skłonności do samozajechania.

20150201-rovverpl-0015928-retina

Tym razem to zarówno zmęczenie fizyczne jak i psychiczne. Z jednej strony odczuwam niewsypanie, a z drugiej jest dla mnie obciążeniem fakt, że nie mogę trenować tak jakbym chciał, albo dokładnie tak jak jestem do tego przyzwyczajony. Ale zakładam, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

Teraz jest czas dyspensy. Nie oznacza to, że roweru nie dotykam. Wręcz przeciwnie. Kiedy mam ochotę i idę sobie pojeździć. Ale nie planuję, nie zmuszam się, nie realizuję założeń. Nabieram wiatru w żagle. Na szczęście to dopiero luty, a na dworze jest jak jest więc wiele nie tracę.

Może ta intensywna jesień i nietypowy grudzień spowodowały, że jest tak a nie inaczej. Nie wiem. Ale na pewno po tym sezonie będę wiedział więcej. Poznaję siebie w zupełnie innej roli, walczę z innymi przeciwnościami, a jak wiadomo co nas nie zabije to nas wzmocni.

  • Michał Rejza

    Podstawowa rzecz, dla mnie podstawowa bo Ty możesz myśleć zupełnie inaczej. Trener jest od planowania i treningów. Jesteś (moim zdaniem) w takim miejscu (na takim etapie), że samemu powinieneś zorientować się i powiedzieć sobie stop… Reset ? TAK !!! I to konkretny…tak mi się zdaje. Pasja pasją ale pojawiły się też elementy obsesji…tak moim okiem. A o obsesji wspominam celowo. Przeczytałem wywiad z żoną i co stwierdzam ? Niedobrze, oj niedobrze…. Wiesz co ? Ja nie jestem żółtodziobem. Mądralą też nie. Życie jest fajne, potrafi zaskakiwać….jeżeli potrafisz powiedzieć sobie „trening ? stary, jaki trening ? ja mam dzisiaj dużo fajniejszych rzeczy do roboty niż trening…” to znaczy, że jest wszystko OK…jest tak jak powinno być. Trening nie zając, nie ucieknie. BTW: ja nie potrafiłem się zresetować w porę. Zostałem sam, syn jest z mamą (byłą żoną), alimenty, pusty dom, samotne wieczory… Powodzenia…

  • Kryzysy zdarzają się najlepszym, najwybitniejszym (patrz: J.Kowalczyk, A.Małysz) ale także Tobie, mi, kolegom z okolic. To całkiem naturalna kolej rzeczy

    Miałem podobny dylemat w zeszłym sezonie ale nie z powodów zajechania ale zmian w życiu prywatnym. Nieraz to mnie denerwowało, gdy inni jezdzili tłuste tripy, ja miałem post … ale też z czasem zrozumiałem, ze to naturalna konsekwencja, ze trzeba umieć znać umiar, trzeba umieć dzielić czas pomiędzy osobą, którą się kocha a tymi tripami czy pracą w domu.

    Rower to nie wszystko 🙂

  • Ale ja nie jestem zajechany. Po prostu mało sypiam 🙂 Nic więcej. Jestem zmęczony przez brak snu.

  • Michał, dwie sprawy: ja bardzo dobrze wiem kiedy potrzebuję przerwy, a kiedy nie. I z fizycznego punktu widzenia jestem w bardzo dobrej dyspozycji, organizm mam wypoczęty i gdyby nie permanentny brak snu to myślę, że nie byłoby tematu. A w kwestii żony, obsesji i trenowania to myślę, że musisz przeczytać też inne, wcześniejsze wpisy i zobaczyć jakie jest moje całościowe podejście do tematu. Poza tym powtórzę to jeszcze raz. Wywiad z Żoną to póki co jedna strona medalu. Gorzka, ale taka miała być. Na szczęście Jest też druga 🙂 Myślę, że trzeba po prostu szukać równowagi.

  • Robert Pilarczyk

    Tak to w życiu bywa, można było nie mieć żony, dzieci itp. Ale nie tędy droga, wszystko da się zrównoważyć przy czym czerpać przyjemności z jednego i drugiego. Jestem z Tobą , też chciałbym żeby doba trwała dłużej 😉

  • Michał Rejza

    Łukasz, to bardzo dobrze, że wiesz…bo ja napisałem powinieneś 😉 Co do wcześniejszych wpisów…łapię jak to jest u Ciebie. Tylko widzisz, ja jestem w takim miejscu, że mimo iż wiem o tych dobrych stronach to ich nie widzę. Może nie chcę ich widzieć… Dużo ostatnio czytam i wyłapuję tylko to co kojarzy mi się ze mną na dzień dzisiejszy. Ja mam jeszcze pół życia przed sobą (chociaż znajomi twierdzą, że całe) i coś można z tym życiem jeszcze zrobić. Brak mi pomysłu, chociaż coś świta, też dzięki Tobie, dzięki Twoim wpisom. Ja sam nawet zacząłem pisać i myślę, że momentami całkiem fajnie. Tylko brakuje mi jednego. Nie, nie równowagi. Bo chwilowo to słowo jest mi kompletnie obce. Kopa w tyłek…. Ty jej szukasz ? Chyba trafiłeś w samo sedno…i życzę Ci abyś ją odnalazł !!! BTW: żal mi (w pewnym sesnie) takich ludzi jak TY…i takich jak ja… Zaczeliśmy robić coś co jest qrewsko !!! ciężko wmontować w nasze życie… Nie masz Łukasz czasami wrażenia, że czujesz się jak puzzel…taki co nie pasuje nigdzie, nie pasuje bo nie ma już na niego miejsca 😉 Już dawno wszystko jest poukładane, ale Ty nadal szukasz uparcie wolnego miejsca… ??? Tak trochę filozoficznie…. Pozdrawiam serdecznie 🙂

  • xyz

    ktoś mi kiedyś powiedział, że… „w grobie się wyśpisz”…

  • Michał, ja mam póki co bardzo poukładane życie. Ono się teraz zmienia, ale myślę, że pomimo ograniczeń – na lepsze. Też mam pewnie ponad pół życia jeszcze przed sobą i póki co jestem nim zachwycony 🙂 Cały czas odnajduję w tym co robię (i w domu i w pracy) zupełnie nowe wyzwania, które sprawiają, że mi się chce. Naprawdę. A to, że jestem takim puzzlem co do niczego nie pasuje, to odbieram to trochę inaczej. Przez liczbę rzeczy, którymi się zajmuję i pasjonuję cały czas poznaję nowe „światy”. I to uwielbiam. Chłonąć.

  • grzesiek

    Fajny wpis. Ja jestem baaaardzo poczatkujacy. Dlatego lubie czytac co piszesz, bo jest motywujace, ale i szczere. Wlasnie dorwalem ostatnio biblie Joe Friel’a. Przebrnalem przez kilka pierwszych rozdzialow i tam jest dokladnie to samo napisane co mowi Twoj trener. Lepiej odpuscic jesli jest taka potrzeba, czasami tylko np dla mnie ciezko uchwycic ten moment, ale z pomoca kilku osob udaje sie pojac o co w tym wszystkim chodzi. Pozdrawiam (jako ojciec trzech corek, wiec wiem co to brak snu.. 😉 ).

  • Łukasz

    Cześć. Czytam twoj blog już jakiś czas. Super. Wiele nas łączy. Miałem ten sam problem. I to odbijało się na mojej formie. Ja uważam że trzeba popuscić na jakiś czas. Rozumię cię co czujesz ale w zyciu są jakieś priorytety. Pozdrawiam

  • Michał Kandefer

    No cóż… czytam już od pewnego czasu Twojego bloga i jestem pełen podziwu. Może to już późna pora + dwa piwa po zakończeniu sesji egzaminacyjnej, ale chciałbym właśnie teraz wtrącić swoje dwa słowa.

    Od wielu lat rower (nie tylko trening, ale i podróże rowerowe) to moja pasja. Zaczęło się wszystko od wyjazdów po parku, ale ewoluowało to w piękne życiowe przygody. Świadomie nie napisałem „kończyło”, bo wierzę że to nie koniec. Razem z pewną grupą rowerową pokonałem drogę z Polski do Afryki oraz na Syberię. Rower to coś więcej dla mnie niż tylko pasja, przygoda. Ale do czego zmierzam?

    Dzięki syberyjskiej wyprawie poznałem pewną dziewczynę. Może nie stricte, ponieważ poznałem ją dzięki tej przygodzie aniżeli była uczestnikiem wspomnianej wyprawy. Kręciłem spore ilości kilometrów, ale teraz… moje ambicje się zmieniły. Nie mam co prawda żony i dziecka jak Ty, ale ta kobieta sprawia, że jestem w stanie poświęcić połowę puli sezonowych kilometrów na spotkanie z nią. Napiszę inaczej. Mimo, że kręcę mniej kilosów, to dzięki niej sprawia mi to większą radość i daje jeszcze większą motywacje! Nigdy nie będę zawodowcem, więc to chyba największy prezent jaki mogę dostać. Musimy połączyć naszą pasję z życiem prywatnym.

    Nie jesteśmy wcale skazani na porażkę, a wręcz przeciwnie 😉 Ty leć znowu z dzieckiem na basen, a ja poświęcę trening, by się z nią zobaczyć 🙂 (mam do niej prawie 100 km)

    Powodzenia!

  • Michał, bardzo miło jest czytać takie komentarze. Trafiłeś w punkt ze swoimi przemyśleniami co mnie szczególnie cieszy bo umacniam się w wierze, że to wszystko można pogodzić tak, żeby nikogo nie krzywdzić i samemu być szczęśliwym. Również życzę powodzenia a ten dystans 100 km to może właśnie na rowerze warto pokonywać 😉

  • Ludzie, którzy mają po kilkoro dzieci i dalej chcę jeździć / trenować zaczynają być dla mnie autorytetami 🙂 To naprawdę niesamowite, że daje się to robić i osoby takie jak Ty podtrzymują mnie na duchu! Dzięki! 🙂

  • Konrad Florczyk

    Nie jestem zawodowcem ani nawet pre po prostu bujam dwa kółka kiedy mogę staram utrzymać się w formie której nie mam zwalczając notoryczny niedozwrost ( z moją wagą powinienem mieć 6 m) Łukasz jesli chodzi o odpuszczanie wydaje mi się iz jest to bardzo podobne do puszczania latawca – gdy bedziesz trzymał linkę napiętą cały czas latawiec traci na sterowności i spada, toteż od czasu do czasu popuszczasz linkę on wtedy stabilizuje lot unosi się wyżej i łapie więcej wiatru który pozwala mu lecieć dalej, nie ma sensu się spinać a to co napisałeś to racja więcej złego można zrobić przetrenowaniem niż nam się wydaje. Co do dzieci piszesz że sił starcza na prysznic i łóżko – ja jeżdzę zawsze po 20 bo z żoną usypiamy dzieci etc i wtedy dopiera pojawia sie okazja na kółka, Mam dwóch ancymonów i powiem ci ze czasami prysznic to juz zbytek pomijalny. Trzymaj się odpocznij spędź czas z rodziną. Zobaczysz ze jeden mały uśmiech potrafi dodać skrzydeł. Pomyśl też nad założeniem swojego raceteamu, jednego zawodnika juz masz …

  • tomasz

    wyrzuty sumienia i poczucie że zrobiło się coś nie tak… no cóż tak to już jest, biegam i pedałuje, z różnym natężeniem. Miałem taki bardzo intensywny sezon biegowy, 14 miesięcy treningu, zaplanowanego treningu, każdy dzień zaplanowany pod względem planowanych wyników. Sprawdzianem miał być maraton, pech chciał że dwa dni przed startem złapała mnie grypa żołądkowa, lało się ze mnie wszystkimi otworami. Wystartowałem, planowanego wyniku nie osiągnąłem (trudno się zregenerować po takim incydencie w kilka godzin), było mi strasznie źle, incydent miał miejsce 18 miesięcy temu… musiałem zwolnić, aktualnie jestem w umiarkowanym, jednak systematycznym treningu. Czas leczy… ale nie jesteśmy ludźmi ze stali… przez kilka miesięcy borykałem się z problemami o ktorych piszesz… czyli ogólna niechęć do aktywności… brak siły i wyczerpanie. Na szczęście to przejściowe, niestety okupione dodatkowymi kilogramami, ale będzie dobrze 😀

  • Michał Kandefer

    dokładnie! Zdarza mi się jeżdzić do niej właśnie na rowerze 🙂
    Pozdrawiam!

  • Kryzysu zaznał chyba każdy z nas, ale to nie ważne . Ważne jest to że po każdym takim okresie wracamy do jeżdżenia .Czy dla przyjemności czerpanej z jazdy, czy dla zdrowia czy wreszcie dla sportu . Ważne że wracamy i to z uśmiechem na twarzy .

  • Pingback: #psychocyclo 4 | rovver()