Na minusie To był fajny kolarski weekend od piątku do niedzieli, spędzony nie tylko na rowerze.

W brew pozorom to był bardzo kolarski weekend. Może nie pod względem liczby godzin spędzonych w siodełku, ale w ciągu trzech dni (piątek wieczór zaliczam na poczet weekednu) miałem okazję trochę posłuchać o roadtrippach przy fritz koli, wyjść na rower o 7:30 rano, a kolejnego dnia po 30min jazdy przy temparaturze -6 zdejmować kurtkę bo było mi za ciepło.


W piątek skorzystałem z faktu, że mieszkam w Warszawie, i że to właśnie tutaj Szymon postanowił zaprosić osoby czytające jego bloga / fanpage na spotkanie o roadtrippach. Decyzję, że się wybieram podjąłem w piętnaście minut, ponieważ tego samego dnia po południu wróciłem ze służbowego wyjazdu do Krakowa. Duże podziękowania należą się Małżonce, która trochę wygoniła mnie za drzwi mówiąc, że skoro już piszę swojego bloga i jest taka okazja, żeby spotkać i posłuchać Szymona to z branżowego obowiązku powinienem się wybrać. Wszystko zaczęło się o 19:00 i gospodarz wbrew moim założeniom wcale się tak bardzo nie spóźnił, przez co ja trochę tak. Pogadał, pokazał zdjęcia (części z nich chyba wcześniej nie widziałem). Najważniejsze, że odpowiedział też na kilka pytań. Oczywiście moich też. Dzięki temu w końcu wiem, że Jens też dostał skarpetki. Ale poza tym muszę Wam powiedzieć, że filozofia roadtrippów do mnie przemawia. Bez względu na to czy udało się Szymonowi przekazać wszystko tak jak chciał, ja swoje usłyszałem. Poświęca temu dużo więcej czasu niż ja mogę poświęcić ze względu na pracę i rodzinę. Ma inne podejście do życia i kolarstwa, ale myślę, że dla każdej osoby, która kocha ten sport jego wartości powinny być istotne. Nie można przeginać w jedną ani w drugą stronę. Nie zatrenowywać się na śmierć, ale też nie zostawiać żony, dziecka, pracy dla jazdy na rowerze. Każdy musi swój balans znaleźć. A dzięki roadtrippom wiemy gdzie szukać.

20141130-rovverpl-0033794-retina

 

W sobotę zaliczyłem pierwszy tej jesieni wypad na przełaj przy temperaturach poniżej zera. Do tego ruszyliśmy o 8:20 rano więc dodam, że początek nie należał do najprzyjemniejszych. No i na bank wiem, że jednak w letnich butach (pomimo ochraniaczy) się nie da. Nie wiem jak to robię, ale co roku ten jeden raz muszę się o tym przekonać. Reszta ubrania nie zawiodła – wróciłem suchy i nie przemarznięty. Odkryłem jeszcze jedną ciekawą i pomocną rzecz. Czapka z z daszkiem. Co prawda mam taką w wersji zimowej od razu z nausznikami, ale nie to jest najważniejsze. Daszek, kiedy jest opuszczony w dół ewidentnie chroni zatoki przed zimnym powietrzem. Jest umiejscowiony dokładnie tam gdzie powinien, czyli przy lekkim pochyleniu głowy działa jak parawan dla zatok. Mi zdarzało się, że po takich 2h na mrozie miałem bóle w okolicach czoła przy nosie a tym razem tego problemu nie odczułem zupełnie. Polecam sprawdzić.

 

20141130-rovverpl-0023549-retina

Sobotnie tempo do lekkich nie należało, ale jak mawia mój trener w zimie trzeba jeździć mocno bo jest zimno. I ciężko się z tym nie zgodzić. Wolę wyjść na intensywne 1,5 – 2h niż się snuć 3h. To naprawdę dobrze robi. I uwierzcie, że po 20 – 30 minutach jazdy robi się przyjemnie. Nie jest to może ciepełko takie jak przy kominku, ale jest spoko.

 

20141130-rovverpl-0034071-retina

Niedziela to w zasadzie powtórka z rozrywki, w trochę innym składzie i trochę mocniej. Do tego ćwiczenia z podbiegania po piasku, schodach i z przeskakiwania przeszkód. Kto nie próbował to proponuję zacząć. Niezła zabawa. Chociaż może się skończyć różnie. O ile wyrywanie przedniego koła na góralu to dość prosta sprawa o tyle na baranku i rowerze bez amortyzacji już tak lekko nie jest. Do tego musi być jakaś tam prędkość i najlepiej ręce na płasko w górnym chwycie (moim zdaniem największa jest wówczas siła wyrwania) więc o hamowaniu można zapomnieć. I to chyba jest najtrudniejsze do przezwyciężenia – w głowie rzecz jasna. No bo jakby nie patrzeć zbliżamy się z jakąś tam nie małą prędkością do leżącego drzewa, które ma w sumie wysokość jakiś trzydziestu kilku centymetrów i nie zdążymy zahamować jak się rozmyślimy. Więc skoczyć trzeba i już. Jak przednie przeleci to najwyżej przywalimy suportem – nic się nie stanie. Gorzej jak nie uda się poderwać. Mi się dziś na szczęście za każdym razem udało. Kilka razy przeleciałem nawet całość oboma kołami. Czy spróbuję kiedyś na zawodach? Pewnie, że tak.

 

20141130-rovverpl-0034208-retina

Wiem, że to może brzmieć dziwnie, ale naprawdę nie mogę się już doczekać śniegu. Przy pogodzie takiej jak w ten weekend (od -4 do -8) ziemia jest zbita, przez co jeździ się naprawdę szybko. W trudnym terenie z licznymi sekcjami biegowymi średnia z soboty to 20,8km/h a z niedzieli 22,2km/h. Upadki w takich warunkach (zmrożonej ziemi) przy prędkościach, które przekraczają 30km/h, a niekiedy 40km/h są bolesne. Dlatego na śniegu jest ciekawiej. Rower jeździ gdzie chce więc świetnie można podszkolić jazdę w uślizgu, a jak się zaliczy glebę to też źle nie jest. No cóż. Zima przyszła. Jest dobrze.