Masłońskie bieganie z rowerem

Sezon przełajowy zainaugurowany. Pierwsze zawody zaliczone. Pierwszy dubel w tym roku zgarnięty. Cel na tą część kolarskiego kalendarza jest zatem cały czas przed mną. Przypomnę, że ścigam się w zawodach, w których nie mam szans na nic oprócz nie zostania zdublowanym. Taki jest plan na kolejne dwa / trzy miesiące.


Wyjazd w niedzielę do miejscowości oddalonej około 250km od Warszawy może stanowić wyzwanie tylko dla tych, którzy nie są przyzwyczajeni do porannego wstawania. Ja, rzecz jasna, do nich nie należę. Godzina szósta rano jest mi dobrze znana. W końcu mam dwumiesięcznego synka. Pobudka to błądzenie po mieszkaniu po omacku – jest ciemno i mimo, że mały już świruje to jednak cały czas jest w nas (mnie i mojej żonie) taka cicha nadzieja, że może jeszcze pośpi. Spakowałem się poprzedniego dnia, co nie jest standardem, więc w zasadzie szybko i bezszelestnie udało mi się wyjść z domu.

Tak się składa, że był dostępny firmowy bus więc zbiórka o 7:30 pod moją pracą, żeby się do niego załadować. Skład czteroosobowy w tym jedna koleżanka, co prawda nie na zawody, ale też na rower. Oczywiście po drodze trzeba zaliczyć stację na kawę, ale i tak jesteśmy koło godziny 10:30. Podczas zapisów spotykamy pana sędziego, który bardzo zdziwiony pyta co się stało, że zapisujemy się godzinę przed startem i w ogóle o co chodzi? No właśnie. O co chodzi?…

Przebiórka. Sprawdzenie sprzętu. Okazuje się, że jak ostatni trzepak mam przy ramie koszyk na bidon z uchwytem na pompkę. Zdemontowałem w trybie ekspresowym obie żenujące części. Dla niewtajemniczonych wyjaśnię, że w przełajach nikt nie jeździ z piciem. Zawody są na jesieni więc temperatury teoretycznie nie powinny być wysokie no i do tego trwają (w mojej kategorii – masters) około 45minut. Nie ma sensu pić. Poza tym koszyk przeszkadza w noszeniu roweru na ramieniu. Na tych zawodach okazało się to szczególnie istotne.

Na godzinę przed startem lecimy objechać trasę. Oczywiście w pewnym sensie nielegalnie. Trwają wyścigi młodszych kategorii więc nie można. Wciskamy się w przerwy pomiędzy. Na kilka pętli wystarczy czasu. Wbijamy się na wał i z niego prosto na szutrową szeroką drogę kończącą się ostrym skrętem prosto w sekcję piachu. Chociaż ciężko to nazwać sekcją. Przejeżdżam jakieś 20m i staję piasku po kostki. Przede mną jeszcze jakiś 100m takiej plaży. Spoko. Rower na ramię i biegnę. Na horyzoncie jest zakręt – będzie lepiej.

Tam nie jedzimy, nie ma sensu. Jest zakręt i potem prosta asfaltem do mety. Dawaj robimy piach jeszcze raz.

Realnie lepiej było jakieś 2-3 minuty później, po pokonaniu z buta kilkuset metrów w piachu. Po ostatnim mikro wzniesieniu wskakuję na rower i trochę rozkręcam w kolejnej piaszczystej, ale już przejezdnej sekcji. Dojeżdżam do fragmentu, który wygląda na sensowniejszy i słyszę: Tam nie jedzimy, nie ma sensu. Jest zakręt i potem prosta asfaltem do mety. Dawaj robimy piach jeszcze raz. Jak to jeszcze raz? To koniec? Cała pętla to ta plaża? Kurwa.

To co okazało się zmorą przez 30 minut rozgrzewki na szczęście na samym wyścigu już tak nie przeszkadzało. Oczywiście robiąc kolejną pętlę z kilogramem piachu w butach myślałem o tym, że można by było jednak jakoś inaczej trasę poprowadzić, ale w sumie nie ma tego złego. Pobiegałem sporo z rowerem. Zejścia i wejścia były trudne i trzeba je było robić dosyć precyzyjnie ponieważ za każdym razem zeskakiwało się na piach i wskakiwało potem też na raczej grząskim podłożu więc bardzo ważne stałe się sprawne wpinanie i rozkręcanie.

Bieganie... raczej nie jest to moja mocna strona.
Bieganie… raczej nie jest to moja mocna strona.

Niestety w samym bieganiu to ja mocny nie jestem. Truchtam sobie i tyle. Ciężko to nazwać biegiem. Jak jest górka to czuję się jakbym wchodził po schodach. Mimo wszystko uważam, że to było potrzebne. Inne partie mięśni dostały swoje baty. Dziś jak to piszę czuję pierwszy raz od bardzo dawna prawdziwe zakwasy w nogach. A to się bardzo rzadko zdarza. Pachwiny od wskakiwania też ciągną. Jak widać było to potrzebne.

Dubla oczywiście dostałem. Ale od kolegów na góralach, którzy na kapciach 2.3 przez piasek po prostu przejeżdżali. Nie jest to według mnie najszczęśliwszy przepis, który dopuszcza ściganie w zawodach przełajowych na góralach. Szczególnie jak się trafi takie warunki na trasie. Wiem, że wygrywanie to ważna sprawa, ale tym sposobem? Chociaż w moim przypadku pewnie nie jest to istotne, bo o pudło nie walczę to jednak z puntu widzenia osoby, która aktywnie uprawia ten sport jest to dla mnie zastanawiające zachowanie.

Realnie wyścig zaliczam do udanych. Organizm funkcjonował tak jak się spodziewałem. Brakuje jeszcze trochę góry czyli beztlenu. Dlatego nie widziałem większego sensu, żeby wbijać się w te strefy bo wiem, że to szybko spowoduje zagotowanie. Głowa sama mi takie rzeczy ogranicza. Jak widać po zapisie z zawodów udało mi się przejechać całość bez jakiś większych kryzysów. Z jednej strony może to oznaczać, że pojechałem zbyt zachowawczo, ale z drugiej nie ma sensu się na pierwszym starcie tak mocno eksploatować. Taki trochę lżejszy start był mi potrzebny. Przepalenie. Myślę, że za tydzień w Lublinie będę już w stanie pojechać mocniej.

Z osób na przełajówkach dopadł mnie tylko mój trener. Nie powiem, że po raz ostatni, ale myślę, że jeden z ostatnich.
  • Jestem tu pierwszy raz i już mi się podoba. Po pierwsze – bardzo fajne fotki, po drugie zadbany blog. Jak znajdę chwilę to wpadnę poczytać nieco więcej. Pozdrawiam i życzę sukcesów.

  • Pingback: Ale jestem k...a cienki()

  • Adrian, dziękuję za miłe słowa 🙂 Zapraszam jak najczęściej!