Grudzień na Teneryfie W tym roku taki wybór padł na świąteczno - noworoczny wypad wakacyjny. Krótki, ale za to treściwy. Z gondolką, rowerem. 5000km od domu. Da się.

Jest 11.00 przed południem. To czwarty dzień moich wakacji i zarazem pierwsza godzina kiedy mam możliwość napisania paru zdań. Niby odpoczynek, ale zarobiony jestem bardziej, niż na co dzień w pracy. Żona poszła się przebiec, młody śpi. Taki zbieg okoliczności.


Na Teneryfie wylądowaliśmy w poniedziałek koło 14:00. Cała podróż to jak zwykle w takich przypadkach dziesięciogodzinna tyrka. Pobudka o 5:30, ogarnianie bagaży i młodzieży, taksówka, lotnisko, lot, lotnisko, autokar, hotel. Łatwo wymienić, ale zawsze jestem wypompowany jak po etapie Trophy.

Dlaczego Teneryfa? W sumie było nad tym trochę debatowania więc myślę, że warto o tym napisać. Po pierwsze chcieliśmy jechać tam gdzie będzie odpowiednio ciepło. Taki mamy zwyczaj od kliku lat, że o tej porze roku spadamy w ciepłe kraje. Po drugie z czteromiesięcznym dzieckiem uznaliśmy, że lot nie może trwać więcej niż pięć godzin no i nie może być zbyt dużego przestawienia czasu bo potem nie dojdziemy z nim do ładu. Po trzecie musi być gdzie jeździć (na szosie). Po czwarte musi być pogoda, żeby można było poleżeć na słońcu. Wyspy kanaryjskie wydawały się do tego stworzone. Po piąte, z mojego, sportowo – treningowego punktu widzenia, przyjechanie w grudniu, żeby zaliczać kilkugodzinne jazdy po kilka tysięcy przewyższeń ma mały sens, ale… doszedłem do wniosku, że jeszcze mniejszy będzie to miało w lutym, czy na początku marca, kiedy sezon już blisko i trzeba w miarę rozsądnie podchodzić do intensywności. Dlatego na okres wiosenny zostawiłem sobie tygodniowe okienko urlopowe, żeby pojechać w bardziej „kontrolowane” kolarsko środowisko (będzie trochę płaskiego). Szczegółów jeszcze nie zdradzę. Od Patryka (z którym tu przyjechałem) wiedziałem, że w Puerto de Santiago są trzy drogi i każda wiedzie w górę. Hotele są przy morzu, to co by się nie robiło będzie sztajfa a za nią kolejna. Spoko, teraz mi to zupełnie nie przeszkadza i tak wrócę do Polski, zastanę zimę więc naturalnie liczba godzin w siodełku trochę spadnie. Nic złego to nie zrobi.

Wracając do wyjazdu. To jest taki typ urlopu, którego generalnie nie lubię. Przyznaję. Jesteśmy z żoną przyzwyczajeni do podróży w stylu: booking.com w pięciu różnych miejscach, zapakowanie się w samochód (czasem samolot) i w drogę. A czasem nawet bez rezerwowania. Campinigi, spanie w samochodzie itp. Dlatego opcja Biuro podróży (Itaka), hotel all inclusive u mnie wywołuje gęsią skórkę. No ale cóż, młody jest młody, trzeba być wyrozumiałym i jakoś tam sobie życie ułatwiać. Tak czy inaczej uważam, że zabranie się z gondolką, plecakiem, dwiema walizkami (każda po 20kg), zapasem mleka, pieluch, zabawek no i oczywiście rowerem było wyczynem. Chociaż patrząc na podróżniccy.com można zrobić to jeszcze lepiej.

20140104-rovverpl-0030093@2x

Oczywiście dzień po przylocie spisany na kolarskie straty. Trzeba się wyciszyć i wyluzować. Na rower poszedłem następnego dnia. Zrobiliśmy z Pat’em (Patryk) tzw. rekonesans. Spokojna przejacha pod trzy godziny po lokalnych drogach wokół naszego miejsca pobytu. Klepnęliśmy 1500m w pionie na rozgrzewkę. Spokojnie, turystycznie, bez zagięcia i napinania. Co ciekawe ustabilizowała się moja strefa komfortu na podjazdach. Kiedyś czułem, że 6% nachylenia to już jest sporo, a teraz wydaje mi się to po prostu w sam raz. Używam kompaktowej korby 50×34 a z tyłu mam kasetę 11-28. No i to 34×28 na 6% jest naprawdę komfortowe.

20140104-rovverpl-0100360@2x

Zrobiliśmy trasę z Puerto de Santiago przez Tamaino, Santiago del Teide i tam miał być powrót, ale. No właśnie zawsze jest jakieś ale. Jednym z ważniejszych elementów naszej wyjazdowej układanki było wypożyczenie samochodu. Okazało się, po wizycie w kilku miejscowych wypożyczalniach, że nie ma takiej opcji. Do końca tygodnia na całej wyspie nie ma jednej sztuki. Powód oczywisty, a jednak na niego nie wpadliśmy. Sezon w pełni i masa turystów przyjechała na Nowy Rok. Auto w takim miejscu jest konieczne. Szczególnie, że ruszenie się gdziekolwiek z wózkiem jest trudne bo wszędzie jest pod górkę. Także nasz rekonesans miał też cel praktyczny – znalezienie gdzieś w głębi wyspy wypożyczalni z dostępnym samochodem, albo najlepiej dwoma. Tylko, że w głębi wysyp wypożyczalni nie ma. Objechaliśmy wszystkie sąsiednie miejscowości i nie znaleźliśmy żadnej.

Zapewne powinienem dodać na koniec coś na temat pogody, ale nie ma o czym pisać. Na dole jest ciepło, na górze zimno. Rano są chmury, potem ich nie ma. W dzień dwadzieścia kilka stopni, w nocy chłodno. Na rower jest idealnie.

Kolejny dzień to już zupełnie inne przeżycie, ale o nim napiszę w następnym poście. Bo żona wróciła z biegania. I tak nieźle mi chyba poszło jak na godzinę.

20140104-rovverpl-0090318@2x