To jak jest z tą radością? Jestem bogatszy o dwa miesiące doświadczeń, których wcześniej nie przeżyłem. Trudnych, wymagających dużo dystansu, ale z ... zakończeniem.

Ten wpis powstaje spontanicznie. Nie jest zaplanowany, co nie oznacza, że nie jest przemyślany. Czasu miałem sporo, a i działo się dużo. Dlatego postanowiłem napisać jak to się stało, że znowu jeżdżę po 20 godzin tygodniowo i czy to jest właśnie ta radość z jazdy…

Z noworocznymi postanowieniami wiadomo jak jest. Czasem uda się wytrzymać trzy dni, czasem tydzień, a wszystko co ponad to, można już uznać za pewien sukces. Dlatego takich typowych postanowień nie było. Jedyne co chciałem osiągnąć to znowu z uśmiechem na twarzy wsiadać na rower – najlepiej co weekend. Patrząc z perspektywy czasu myślę, że takim podświadomym postanowieniem było wprowadzenie czegoś co dziś mogę określić jako komfortową systematyczność. Starałem się robić tak, żeby zachowywać regularność, ale nie kosztem innych, bieżących spraw.

Wyjść na rower

… trzy kluczowe słowa, na których chciałbym się chwilę poznęcać. Przez pierwsze dwa miesiące 2017 roku nie miałem najmniejszej chęci siadać na szosę i to nie tylko ze względu na panujące warunki i pogodę. Każde rozwiązanie wydawało mi się lepsze niż nudne kręcenie po plaskim i równym. Z największą przyjemnością wsiadałem w weekend na przełajówkę i gnałem jak najdalej od asfaltów. Dowolna zmiana aury była zbawieniem ponieważ przynosiła różnorodność, której bardzo potrzebowałem. Ostatnie dwa lata jeździłem w sezonie tylko na rowerze szosowym. Myślę, że to jeden z powodów, dla których bardzo potrzebowałem zmiany. Co za dużo to niezdrowo. Zmiana dyscypliny, czyli wprowadzenie urozmaicenia w reżimach trenigowych i wyścigowych jest kluczowa. Nie mam póki co górala, ale myślę, że to kwestia czasu. Ponad to trzeba pamiętać, że jeżdżąc po klasycznych warszawskich pętlach terenowych można czasem zanudzić się na śmierć. Dlatego lepiej jak czasem popada, posypie, czy złapie solidny mróz. Każdy metr tej samej trasy staje się wówczas inny, bodźce stają się trochę silniejsze i jest po prostu ciekawiej. Jasne, że ciężko to porównać do nowych tras pokonywanych w nowych miejscach na wakacjach, ale czasem zakręt, który pokonujemy po raz setny też potrafi spłatać figla.

Nie Jeździć w domu

Rolka, trenażer? Nie tym razem! Nigdy nie stroniłem od tych urządzeń, nawet je lubiłem, szczególnie rolkę, ale wiedziałem, że jeśli znowu zacznę to będzie początek końca. Wyznaję zasadę, że jeśli tylko jest na tyle bezpiecznie, że da się wyjść na dwór to idę na dwór. W poprzednich sezonach też nie przesadzałem z używaniem tych urządzeń. Rolka do regeneracji raz w tygodniu, trenażer do siły również raz w tygodniu. Wiem, że teraz jest Zwift, tablety itd. itp, ale po moich ostatnich wyzwaniach motywacyjnych postanowiłem, że zrobię to tylko jeśli będę miał ochotę, a nie dla tego, że miałem zrobić trening, a nie da się wyjść na dwór.

ustalić Cel

Każdy, kto podchodził do trenowania czegokolwiek w sposób jakkolwiek zaawansowany wie, że bez wyznaczenia celów się nie obejdzie. To one stanowią pierwszy i jeden z najważniejszych bodźców motywacyjnych. W moim przypadku cele były dwa. Po pierwsze źle się czułem (nadal nie czuję się dobrze, ale jest lepiej) ze swoją wagą. Nie tylko na rowerze – w życiu codziennym równeiż. Po drugie bardzo potrzebowałem wakacji, chwili oddechu od pracy i codzienności, zebrania myśli i wyciszenia. Każdy ma swój sposób na odpoczynek. Ja wiem, że mój, żeby był efektywny musi być aktywny. Nie mogę leżeć, spacerować i jeść. Poza tym przywykłem do tego, że wszędzie zabieram rower i wiedziałem, że tym razem też nie chcę tego zmieniać. Padło na połowę marca i Gran Canarię więc żeby móc tam cokolwiek pojeździć musiałem rzecz jasna… pojeździć. Jak widać jeden cel jest bardziej ogólny i ustawiony w długiej perspektywie. Drugi był krótkoterminowy – pewny – taki, żebym nie mógł go odkładać w nieskończoność.

Dodać coś nowego

Wiedziałem, że nie ma szans, żebym regularnie jeździł w tygodniu. Co więcej z powodu wagi i zbyt dużego obciążenia dla stawów bieganie też odpadło. Na basen – tak, ale z synem. Musiałem znaleźć jakiś sposób, żeby robić coś jeszcze. Kiedyś koleżanka z pracy, podsunęła mi voucher na zajęcia – trening funkcjonalnygymbreak.pl. Dostałem go chyba we wrześniu, ale wówczas moje ćwiczenie było bardzo dalekie od systematyczności. Udawało mi się trafić na zajęcia ze dwa razy w miesiącu. Postanowiłem, że od nowego roku nadam temu trochę wyższy priorytet. Nie wiem jak wielu z Was miało okazję kiedyś brać udział w tego typu aktywności, ale z mojego punktu widzenia to jedne z cięższych rzeczy jakie w życiu robiłem.

Do wysiłku na dwóch kółkach jestem w miarę przyzwyczajony. Wiem kiedy i jak będzie bolało. Co więcej jakaś tam pamięć mięśniowa już jest więc albo wiem jak robić, żeby się mało męczyć, albo wykorzystuję zbudowaną wytrzymałość. Z treningiem funkcjonalnym jest jednak zupełnie inaczej. To zupełnie nowa dla mnie dyscyplina, która za każdym razem wymaga ode mnie wyjścia poza strefę komfortu i mogę wręcz powiedzieć, że bywa stresująca. Po dwóch miesiącach jestem już na tym etapie, że po treningach odczuwam przypływ energii, a nie zjazd, więc zaczyna być coraz fajniej. Myślę sobie, że tak w ogóle to jest temat na osobny wpis.

Usunąć przeszkadzajki

Przed wyjazdem rower poszedł do serwisu tak, żeby sprzęt nie był czymś co popsuje mi zabawę. Wisiał na kołku chyba od lipca więc trochę było do zrobienia. Poza tym na Gran Canarię zabrałem najmniejszą walizkę ze sprzętem do zdjęć i filmowania jaką miałem. Wziąłem tylko dwa aparaty i gopro. Tych pierwszych jeszcze nie użyłem. Gopro jeździ głównie w zębach i wyjmuję je jakieś 3 – 4 razy w trakcie 4 godzin. Chcę się skupiać na doznaniach, przeżyciach, obserwacjach. Na prędkości, na płynnym pokonywaniu zakrętów, na mocy wkładanej w korby na podjazdach, na wszystkim tym co tu i teraz – namacalna radość z jazdy.

Nie zajechać się

Post piszę leżąc na łóżku o 23:00 po 7 dniach spędzonych w siodełku. W sumie 21 godzin, 470km i 8700 metrów w pionie. I ani jednego dnia rano nie miałem obiekcji, że chcę jeździć. Jedna zastanawiająca mnie rzecz to samopoczucie, które z treningu na trening jest coraz lepsze. Wszystkie wykresy na stravie pną się pionowo w górę. Łącznie ze zmęczeniem… No cóż… Jakoś tego nie czuję…

Czy to już radość z jazdy w pełnym tego słowa znaczeniu? Zobaczymy jak długo potrwa, ale na dziś wiem, że małymi krokami udaje mi się dojść do tego, co było chyba dla mnie naprawdę ważne.

Od poszukiwania radości z małych rzeczy, wyzbycia się poczucia winy, porzucenia porównań do lat poprzednich poprzez komfortową systematyczność, podstawowe urozmaicenie, trochę nowych, zupełnie nie znanych bodźców udało mi się dojechać tu gdzie jestem teraz. Jak będzie dalej? Sam jestem bardzo ciekaw!

  • czyżbyś szedł w tą stronę co SzymonBajk? 😉

    Niemniej bardzo pouczający wpis, który pokazuje mroczną stronę kolarstwa a w zasdzie każdego hobby: ze w penym momencie masz wszystkiego dość, wszystko się przejadło, stalo się nudne. Miałem tak z mtb / szosą i wieloma innymi rzeczami.

    Wtedy konieczny jest odpoczynek od tych czynności.

    ps.: chyba wybieram sie na GC i zstanawiam się nad wynajmem szosy albo MTB. i jedno i drugie mnie „jara”. co byś doradził dla urozmaicenia pobytu (prawd. 1 dzien rowerowy byłby dla mnie).

  • hqvkamil

    A ja od 1,5 roku patrze na szosę stojącą obok łóżka. Chęci są a zdrowie nie dopisuje. Powodzenia!