Ale po co to trenowanie? Przypomniałem sobie. Wy też sobie przypomnijcie. Uczcie się na moich błędach.

Dziś jest trzeci dzień z rzędu, kiedy udało mi się wsiąść na rower. To w ciągu ostatniego miesiąca wydarzenie bezprecedensowe. To jest również ten dzień, w którym przypomniałem sobie jak bardzo tęskniłem za reżimem treningowym, wysiłkiem i codzienną porcją sportowych endorfin.


Tegoroczny luty, wszystkie wzloty i upadki jakie mi zaserwował, zdecydowanie muszę zaliczyć do najtrudniejszych okresów w historii mojej przygody z amatorskim kolarstwem. Odbyłem nawet rozmowę z trenerem na temat potencjalnego odpuszczenia nadchodzącego sezonu. Dno i trzy metry mentalnego mułu. Nie będę się rozwodził dlaczego, skarżył na zdrowie i przeciwności losu. Dla wielu z Was takie sytuacje to pewnie chleb powszedni i nikt nie rozpacza. Ja jestem trochę inny, a ta sytuacja jest absolutną nowością. Kilka ostatnich lat nie chorowałem, a motywacja w zasadzie mnie w nie opuszczała. Tym razem stało się inaczej, ale przebrnąłem. Co prawda efekty widać zarówno na wadze jak i na garminie, ale na szczęście nigdzie poza tym.

20150315-rovverpl-0055527-retina

W zasadzie cała ta sytuacja powinna przejść bez echa, no bo niby co jest dziwnego w chorowaniu. Doświadczyłem jednak czegoś, co zmusiło do refleksji. Tydzień przed urlopem na, którym miałem szlifować formę i cieszyć się pięknymi trasami Gran Canarii, skończyłem brać antybiotyk. Przez kilka dni chodziłem do pracy, nawet próbowałem wrócić do biegania. Wyszedłem raz z domu. Na rower nie wsiadłem przez pięć dni. Organizm teoretycznie był słaby a jednak zgodnie z planem wybrałem się na test 20-minutowy, żeby ustalić co i jak powinienem jeździć na urlopie. Wróciłem z niego z bananem na twarzy ponieważ poszło nadspodziewanie dobrze. Niestety spadek odporności był na tyle duży, że nie ominął mnie jakiś przypadkowy wirus, z którego mój syn wyślizgnął się w trzy dni. Starość nie radość więc na urlop poleciałem chory. Przez pierwsze kilka dni w zasadzie nie było szans na jeżdżenie. O podjazdach mogłem zapomnieć. Z ciężkim kaszlem udało mi się zaliczyć jedną jazdę powyżej 100 km i 2000 m w pionie, ale nie było to ani mądre, ani nie sprawiło mi przyjemności.

No właśnie, przyjemność. Dzięki temu, że jej zabrakło przypomniałem sobie czym jest i po co tyram na rundach w Warszawie. Po tylu latach jeżdżenia i trenowania właśnie ta jedna jazda przypomniała mi jak to jest wybrać się w góry, na wymarzoną i długo wyczekiwaną trasę bez nogi i bez jakiejkolwiek formy. I powiem Wam szczerze, że jest totalnie do bani. Chyba tylko talent, DNA lub sportowa historia powodują, że ktoś kto nie jeździ może wskoczyć na rower, przejechać stówkę po górach i mieć z tego wielką radochę. Moja radość z jeżdżenia na szosie po górach jest tylko wtedy kiedy czuję się dobrze. Mam moc pod nogą i pokonuję podjazdy w tempie, które nie jest prędkością baby z siatami. W tym roku na Gran Canarii niestety takie ono właśnie było.

Lubię robić coś lepiej niż dotychczas. To właśnie sprawia mi przyjemność, wywołuje chemię, która w mojej głowie odpowiada za szczęście. Kiedy tego nie ma – cierpię i to w taki beznadziejny, niepotrzebny sposób. Takich uczuć nikomu nie życzę. Są demotywujące i powodują pojawianie się w głowie całej masy niepotrzebnych pytań.

20150315-rovverpl-0105693-retina

Utwierdziłem się tylko w przekonaniu, że do pełnej radości z jazdy jest potrzebna forma. Może to tylko moja opinia, wiem jak wielu jest przeciwników, ale taka właśnie jest i tylko się w niej utwierdziłem. Potrzebuję treningu, dyspozycji i dobrego – sportowego samopoczucia. Bez względu na to w jaki sposób się te cechy zdobywa – poprzez jeżdżenie dla jeżdżenia, czy zaplanowane trenowanie. To nie ma znaczenia. Mój czas jest ograniczony więc trenuję w sposób usystematyzowany. Robię to po to, żeby następnym razem na pięknych podjazdach czuć się dobrze – czuć się zdrowym, silnym i szybkim. Bo tylko wtedy sprawia mi to frajdę, daje szczęście i zaspokaja.

Sprawa zatem jest stosunkowo prozaiczna. Trenujcie, jeździjcie i róbcie wszystko żeby się dobrze czuć. Wszystko co powoduje, że wasze samopoczucie jest lepsze. Epickie trasy, które oglądacie na filmach i zdjęciach są piękne tylko wtedy, gdy organizm nie jest tym na czym się skupiacie tylko tym czego używacie, żeby odczuwać prawdziwe szczęście.

  • Tomek Małycha

    110% prawdy! Fajnie, że spojrzałeś również na drugą stronę zwierciadła – tych co jeżdżą jedynie dla przyjemności. Jako jej przedstawiciel mogę potwierdzić – poczucie siły w nogach potęguje odczucie przyjemności.

  • hqvkamil

    Fajnie że napisałeś bo dawno Cie nie było. 🙂

  • RJA

    dokładnie to odczuwam. Bez chociaż 4W/kg na FTP nie mam przyjemności z walki o równowagę na sztajfach. Wtedy ewentualnie mogę jeździć mtb po mieście ale też istnieje niebezpieczeństwo że co mocniejsza babcia przyciśnie w korby i zostawi mnie ze łzami w oczach.